Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 273 466 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Arek

wtorek, 08 sierpnia 2017 23:11

Arek z gitara Rysia Węgrzyna      Kilka dni po śmierci Rysia Węgrzyna kilka osób spotkało się u niego w domu powspominać i pograć na gitarach. Był tam też wtedy Arek Chudziński, który kiedyś grał z nami w kapeli Emigration Blues. To było zaledwie dwa miesiące temu. Nigdy bym nie przypuścił, że to ostatni raz, kiedy nie tylko z Arkiem gram, ale w ogóle go widzę. Coż, zdarza się, że życie przybiera niespodziewany obrót. 23 lipca rek miał wypadek motocyklowy, trzy dni później zmarł w szpitalu.

     A trochę z nim grywałem. Zaczęło się to w 2010 roku, kiedy to po koncercie kapeli Emigration Blues w klubie Rich Mix na Shoreditch podszedł do mnie nieznany mi wcześniej Szymon i powiedział, że zna takiego gitarzystę, może chciałbym go poznać. Zawsze uważałem, że młode talenty należy wspierać, a na pewno nie zaszkodzi poznać, wobec czego jakiś czas później odwiedziliśmy Arka w domu. Okazało się, że Arek jest maniakiem tego instrumentu, w domu ma specjalny pokój, w którym na specjalnym stojaku wisi kilkanaście elektrycznych gitar. Zaraz się zaczął jam session i wkrótce wyszło na jaw, że Arek nie tylko ma kolekcję, ale potrafi z tych gitar zrobić użytek. Co stwierdziwszy, poznałem go z Rysiem Węgrzynem, u którego w domu miały miejsce próby kapeli Emigration Blues, oraz Romkiem Iwanowiczem, który tę kapelę prowadził. Oczywiście zaraz był znowu jam session, na którym Arek został przez Rysia i Romka uznany za swojego i grał z nami na koncertach. Między innymi grał z nami na tym koncercie w POSKu, gdzie udało mi się Rysia jedyny raz wyciągnąć.

     Później Romek postanowił wrócić do Polski, Rysiu nie chciał nigdzie grać publicznie, wobec czego przy kilku okazjach grałem z Arkiem jako duo gitarowe, ja z bluesowa szyjką od buteli, Arek na gitarze wiodącej. Graliśmy wtedy głównie bluesy Roberta Johnsona, które przetłumaczyłem na polski, ale też jedną własną piosenkę: „Łazarski Pener Blues”. Obaj pochodzimy z Poznania, a ktokolwiek jest z tego miasta, natychmiast zrozumie ten tytuł. Zwykle podawałem nazwę dua jako „Pener Łazarski”. Dużo tych występów nie było, ale jednak trochę – a to w pubie Rose and Crown w St Albans, a to na wiejskim karnawale w Broxbourne, a to na żywo w audycji Sławka Orwata w radiu Verulam, wreszcie na imprezie organizowaanej przez Nowy Czas, pismo wychodzące w londynie. Parę nagrań z tego ostatniego koncertu (w tym również „Łazarski Pener Blues”) można zobaczyć na youtube.

     Jedni odchodzą, inni zostają. Została żona i trójka dzieci. Arek był jednym z mnóstwa polskich budowlańców, którzy na Wyspy przyjechali w poszukiwaniu pracy. Był bystry i obrotny, powiodło mu się, miał za co kupować gitary i motocykle. Sprowadził rodzinę. Był troskliwym ojcem, twierdził że sam będąc z rozbitej rodziny, nie chce swoim dzieciom fundować tego, co sam przeszedł. A jakim był mężem? Pamiętam rozmowę u Arka w domu kilka lat temu, kiedy ja sam chodziłem jak śnięty po śmierci mojej Marysi. Żona Arka Aneta powiedziała wtedy, że ona sobie takiej sytuacji nie wyobraża. A teraz powiedziała mi coś takiego:

     „Znasz ten wiersz księdza Twardowskiego? Śpieszcie się kochć ludzi, bo tak szybko odchodzą...”

 

Koncert z Arkiem na imprezie Nowego Czasu

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Baranek i kobra

środa, 12 lipca 2017 22:24

Indianin LloniPodobają ci się takie sandały? Jak chcesz, to ci mogę sprzedać. Mam w domu drugie takie same.”

Stoimy nad brzegiem urwiska wysokiego na ponad półtora kilometra. Barranca del Cobre to wąwóz głębszy niż Wielki Kanion Kolorado, ale nie jest taki sławny, bo nie jest w Stanach Zjednoczonych, tylko w Meksyku. No i nie ma nic wspólnego z barankami ani z kobrami, jest to hiszpańska nazwa oznaczająca Miedziany Wąwóz. Jest on całkiem niedaleko Kanionu Kolorado, krajobraz podobny (choć kolory inne), ale ta granica powoduje, że różnice są znaczne. Indianie tu mieszkający nazywają się Tarahumara i nadal biegają po tych górach tak, jak po Arizonie kiedyś biegali Apacze. Dziś Apacze nie biegają, tylko jadą cadillakiem do Wall Martu po żywność, Tarahumarowie natomiast z opon cadillaków robią sobie sandały, w których biegają na długie dystanse, nierzadko zresztą po żywność. Był to ich stary sposób polowania, biec za indykiem tak długo, aż ten już nie miał siły po raz kolejny podrywać się do ucieczki, wtedy wystarczyło indykowi ukręcić łeb. Podobnie jelenie, biegają szybciej niż ludzie, ale ludzie (a na pewno Tarahumarowie) są wytrzymalsi i potrafią jelenia zamęczyć na śmierć. Jednakże większość jedzenia pochodzi z poletek kukurydzy uprawianych w wąwozie lub z kóz pasanych na zboczach. Sandały zrobione z opon znakomicie się nadają do biegania i chodzenia po zboczach, a Indianin imieniem Lloni, który właśnie zgania stado ze zbocza, proponuje mi, że mi takie sprzeda.

Inaczej niż Apacze w Arizonie, Lloni zgania swój zapas żywności z pastwiska i całkiem dziarsko mu to idzie, mimo że – jak twierdzi – ma dziewięćdziesiąt lat, kilkoro dzieci i mnóstwo wnuków. Zgania kozy z pastwiska, ale do szkoły musiał kiedyś chodzić, skoro ze mną rozmawia po hiszpańsku. Spotkałem w tej okolicy Indian, którzy po hiszpańsku nie umieli, tylko po tarahumarsku.

Idziemy do jego domu, trochę przez las, tylko jemu znanymi ścieżkami, trochę przez łąkę. Dom stoi pośrodku zagrody, z nierównego muru, kryty podrdzewiałą falistą blachą. Wewnątrz polepa, nierówne ściany, piec zrobiony ze starej beki po ropie, stół przykryty ceratą, generalny nieporządek. Sprzęty na stole plastikowe i fajansowe, kupne, tradycyjnej ceramiki nie widzę, acz owszem, widzę w użyciu koszyki podobne do tych, które Indianki sprzedają turystom.

To jest mój dom. Dobry dom”, mówi Lloni pokazując gestem swoją posiadłość. Najwyraźniej jest z niego dumny. No cóż, różne są standardy. Dla lewicowego bojownika z Europy taki dom byłby dowodem skrajnego ubóstwa i podstawą do wzywania do rewolucji. Wszystko zależy od punktu wyjścia. Być może Lloni wychował się w jaskini i taki dom jest awansem społecznym.

O tę jaskinię nie pytałem, ale nie jest to bynajmniej nieprawdopodobne. Ruiny przedhistorycznych budowli wbudowanych w jaskinie w Arizonie i w Kolorado, takich jak słynna Mesa Verde, dziś wzbudzają podziw amerykańskich turystów. W Arizonie dziś już nikt w jaskiniach nie mieszka, natomiast w Barranca del Cobre jak najbardziej. Tarahumarowie to potomkowie tych Indian, co kiedyś w Arizonie mieszkali w jaskiniach. Barranca del Cobre to teren idealny dla takiej właśnie kultury. Jaskiń tu wiele, zarówno na zboczach wąwozu jak i w nie tak głębokich dolinach w okolicach miasteczka Creel, gdzie zbocza bywają podcięte poziomymi jaskiniami jakby czekającymi na lokatora. Jeśli Lloni wychował się w jaskini, to na pewno awansem społecznym jest dla niego dom pośrodku zagrody. Dom, w którym odwiedzać go może mnóstwo wnuków.

50 pesów i twoje”, mówi Lloni przynosząc mi sandały. Najpierw muszę się nauczyć jak to się wiąże, bo to wcale nie jest oczywiste. Tarahumarskie sandały mają tylko jeden długi rzemień przymocowany do podeszwy, ten rzemień trzeba obwiązać wokół kostki i ponownie przepleść przez podeszwę. 20 pesów? Prawie jak za darmo, to tylko około dwóch funtów. Lewacki bojownik uznałby to pewnie za czysty wyzysk. W internecie takie same sandały do biegania na długie dystanse można kupić najtaniej za dwadzieścia funtów. Ktoś takie sandały produkuje i sprzedaje w internecie, bo Tarahumarowie biegając w tych swoich podeszwach z opon mają znakomite osiągi, a przecież jak każdy producent obuwia sportowego powie, dobry sprzęt to połowa sukcesu. Tyle że sprzęt, który sprzedał mi Indianin Lloni zrobiony jest z kawałka starej opony z przymocowanym pojedynczym rzemieniem. On prawdopodobnie uważa, że zrobił na tym znakomity interes.

A ja? przecież nie po to je od niego kupowałem, żeby mieć obuwie do biegania. Dla mnie to była okazja do odwiedzenia Indianina w domu.

  

* * *Jaskinia mieszkalna

 Na górze Miedzianego Wąwozu, 2200 metrów nad poziomem morza, jest chłodno, ale na dnie, o 1800 metrów niżej, temperatury są podzwrotnikowe. W południe nigdzie nie ma cienia bo słońce jest w zenicie, a naparza niemiłosiernie. Tymczasem ja się właśnie wybrałem na kilkugodzinny spacer, w wziąłem za mało wody. W klimacie podzwrotnikowym trzeba na wycieczki brać więcej wody niż w Tatrach, ze dwa litry trzeba ze sobą nosić, inaczej grozić może odwodnienie i udar cieplny. Ja się wybrałem na trasę, którą biegają maratończycy, a o wodzie zapomniałem.

Na dnie wąwozu organizowany jest doroczny maraton, a to dlatego, że Tarahumarowie to słynni maratończycy, najwytrzymalsza rasa świata. Długodystansowe biegi to ich narodowy sport. Słynni biegacze świata przyjeżdżają tu, by zmierzyć się z Indianami. Przy czym Indianie nie reklamują żadnych butów, biegają w swoich sandałach zrobionych z opon cadillaka. Kobiety biegają w perkalikowych sukniach, a poubierani w najnowocześniejsze buty i odzienie sportowcy z całego świata próbują je dogonić. A trasa jest malownicza. Na dnie wąwozu, wzdłuż Rio Urique, prowadzi droga, którą mogą jechać samochody. Muszą to być terenowe samochody, bo jest to droga, którą w Polsce nazwalibyśmy polną. Tutaj pól niewiele, bo niewiele jest skrawków płaskiego terenu, na których pole mogłoby być. Są owszem tu i tam indiańskie poletka kukurydzy, a podobno w miejscach mniej widocznych uprawia się też inne rośliny. Jednak pól niewiele, po obu stronach Rio Urique wznoszą się przede wszystkim strome zbocza aż do krawędzi kanionu. Zbocza nie mniej przepaściste niż w Kanionie Kolorado, ale tu porośnięte lasem, więc nieco inna kolorystyka. Do miejscowości Urique po takim właśnie zboczu poprowadzono drogę, „polną” oczywiście, wijącą się zygzakiem serpentynę.

Codziennie o świcie z Urique wyjeżdża autobus do miejscowości Bahuchivo na górze kanionu, tam czeka na autobusy przyjeżdżające z Chihuahua i po południu wraca. Jest to używany autobus, który kiedyś w Stanach woził dzieci do szkoły, nawet go nie przemalowano i teraz całkiem malowniczo się prezentuje na tle lasów porastających zbocza. Kiedyś w Afryce jechałem taką górska drogą autobusem, który poślizgnął się na błocie i przewrócił w dolinę, ale zatrzymał się na najbliższym drzewie, dzięki czemu mogłem się wygramolić i parę lat później jechać podobną błotnistą drogą z Bahuchivo do Urique. Tyle że gdyby ten autobus się poślizgnął i spadł w dolinę, to raczej nie miałbym szansy na wygramolenie się, bo na tutejszych urwiskach to on może i zatrzymałby się na drzewie, ale kilkaset metrów niżej. A wiecie, jak malownicza to jest droga? Kierowca specjalnie się zatrzymywał w co bardziej malowniczych miejscach, żebym sobie mógł porobić zdjęcia.

UriqueNa dole wąwozu sama droga nie jest taka groźna, tu największym niebezpieczeństwem jest zapomnienie zabrania ze sobą odpowiedniej ilości wody. Krawędzie wąwozu widziane z dołu wyglądają ja dalekie turnie, ale jeśli się idzie w lejącym się z nieba żarze, a nie ma się choć litra wody do popicia, malowniczość szlaku przestaje mieć znaczenie. A droga jest wprawdzie przejezdna dla terenowych samochodów, ale te przejeżdżają średnio raz na dwie godziny. Prawdopodobieństwo, że ktoś podwiezie, nie jest wysokie.

Idę więc dnem wąwozu przegrzany i nie zwracam uwagi na niezwykły krajobraz. Wybrałem się zobaczyć wieś Guadelupe Coronado, która jest podobno zamieszkała głównie przez Indian. Mówię podobno, bo dotarłem tam wczesnym popołudniem, czyli w czas sjesty, i na ulicach nie było żywego ducha. Nie widziałem też sklepiku, w którym mógłbym kupić coś do picia. Wracam więc co nieco spragniony i droga wzdłuż rzeki, która rano mi się całkiem podobała, teraz podoba mi się mniej. Nagle zza zakrętu wyjeżdża toyota pick-up, w szoferce trzech chłopaków. Zatrzymują się.

Chcesz jechać do Urique?”

No pewnie. Miejsce tylko na pace, ale nie szkodzi. Przynajmniej będzie wiaterek.

Ale właśnie, w Barranka del Cobre nie można zakładać, że wszyscy napotkani chłopacy to łagodne baranki. Może się na przykład okazać, że są uzbrojeni w broń palną. Ci, co mnie właśnie zabrali, akurat są, ten siedzący przy oknie raz po raz strzela na drugą stronę doliny. Nie mam pojęcia czy na wiwat, czy ostrzeliwuje kogoś kryjącego się na tamtym brzegu. W pewnym momencie zatrzymujemy się i młodzieniec mierzy do siedzącego na gałęzi orła. Strzela, chybia, orzeł odlatuje. Nikt z drugiej strony rzeki do nas nie strzela, dojeżdżamy spokojnie do Urique. Co więcej, nikt nie żąda za mnie okupu, chłopcy wysadzają mnie tam, gdzie chciałem wysiąść.

Hasta luego, hermano (do widzenia, bracie)”.

Później ktoś w Urique tłumaczy mi, że to nie Indianie, tylko gangi narkotykowe, a to są biali Meksykanie. Ale tutejsze gangi są dobre dla ludności, nikomu nie zagrażają, strzelają się tylko z innymi gangami. Mają tu poletka marihuany i maku. Ale Tarahumarowie się w to nie mieszają. Indianie są tu najbiedniejsi, często nie chodzą do szkoły i czasem nawet po hiszpańsku nie umieją mówić, tylko po swojemu.

   

* * * Indianka w Creel

Na głównym skwerze w Creel, w cieniu drzew, siedzą Indianki ubrane w suknie z kwiecistego perkalu i sprzedają swoje rękodzieło. Przed nimi koszyki z trawy plecione w kształcie garnuszków, gliniane miseczki z charakterystycznym jaśniejszym deseniem, kolczyki w kształcie małych Indianeczek wycięte z kory sosnowej. Do Creel, miasteczka położonego na górze kanionu, można łatwo dojechać z Chihuahua dobrą asfaltową szosą, a także pociągiem – jedyną funkcjonującą jeszcze w Meksyku linią. Creel wabi więc turystów, a turyści wabią mieszkających w okolicy Indian chcących na turystach zarobić.

Pociąg z Chihuahua kursuje właściwie tylko dlatego, że poprowadzono go niezwykle malowniczą trasą. Korzystają z niego obecnie turyści, dla miejscowych bilety są za drogie, autobus jest dużo tańszy. W dodatku podróż pociągiem trwa dłużej. Mimo tego bilety są wyprzedane daleko naprzód, nie można liczyć na to, że się je kupi tego samego dnia. Zwłaszcza na odcinku z Creel do Bahuchivo, najbardziej malowniczym. Na stacji Divisadero (dosłownie Punkt Widokowy) pociąg zatrzymuje się wyłącznie po to, by turyści mogli wyjść z pociągu i pospacerować ścieżką wzdłuż brzegu wąwozu. Ścieżka jest starannie ułożona, z balustradką, żeby przypadkiem nikt nie stoczył się w otchłań. No i jest tam ryneczek z pamiąteczkami, są Indianki w perkalikach sprzedające koszyczki, garnuszki i kolczyki z kory sosnowej. Niektóre sprzedają też wszelkiego rodzaju torebki, czapki i inne rzeczy z napisem Barranca del Cobre.

Asfaltowa szosa z Chihuahua prowadzi przez Creel do Bahuchivo, ale dalej już nie, wygodnym autobusem tylko tam można dojechać. Dalej zaczynają się schody, a właściwie stroma błotnista droga na dno kanionu. Na dole wszystko jest inaczej. Nie ma straganów z pamiąteczkami. Nie ma bankomatów. Właściwie nie ma Gringów, ja jestem jeden. Prawie nie ma samochodów, dzieciaki kopią piłkę na środku jezdni i jest bezpiecznie. Domy są otwarte, życie rodzinne toczy się przed domem, po części na ulicy. Telewizor nie ukradł tu jeszcze życia towarzyskiego. Gdzieś w głębi domu telewizory są włączone, ale rodzina i tak siedzi na krzesełkach przed domem i wdaje się w rozmowy z przechodniami.

No i ktoś zapala świeczki w przydrożnych kapliczkach Matki Boskiej z Guadelupe. Matka Boska z Guadelupe jest tu wszechobecna. Przydrożne kapliczki pod skałą wąwozu, albo pod murem domu, albo grafitti namalowane na murze. Lewaccy wyzwoliciele Indian mogą sobie mówić co chcą, ale matka Boska z Guadelupe to nie obca wiara narzucona przez najeźdźców. Matka Boska z Guadelupe ukazała się w wizji Indianinowi, a Indianie wierzą wizjom. Niektórzy misjonarze chcieli początkowo ten kult zwalczać, twierdzili że to jakaś aztecka bogini płodności przebrana za Matkę Boską, ale cóż oni mogli? Racjonalni misjonarze i lewaccy wyzwoliciele mogą sobie mówić co chcą, ale Matka Boska z Guadelupe tu jest. Ktoś maluje ją na murach, ktoś buduje je kapliczki, ktoś zapala jej wieczorem znicze, które palą się jeszcze o świcie, kiedy Gringo przychodzi na autobus mający go zabrać na górę, do normalnego świata pełnego turystów i sklepów z pamiąteczkami.

Matko Boska z Guadelupe, opiekunko Indian, których stać tylko na sandały z opon cadillaca, opiekunko białych Meksykanów których stać na nowoczesną broń palną, ale którzy nie wyrządzają Indianom krzywdy i może nawet opiekunko Gringów, którzy przypadkiem się tu zaplątają...

Módl się za nami.

Matka Boska z Guadelupe na murze w Urique


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Dlaczego araukańscy poeci piszą w zapomnianym języku?

sobota, 27 maja 2017 21:57

museo en currarehue.JPGCurrarehue, wieś między górami w kraju Araukanów, niedaleko granicy w Argentyną. Wieś nie różni się specjalnie od innych wsi w Chile, takie same nieco zaniedbane domy, przed tymi domami stare nieco zaniedbane samochody. To znaczy nie różni się wyglądem, bo owszem jest dość istotna różnica: w Currarehue większość mieszkańców stanowią Indianie Mapucze, czyli Araukanie. Nieprzypadkowo napisałem, że jest to wieś w kraju Araukanów. Kraj ten został podbity przez Chile dopiero pod koniec XIX wieku.

Dziś kraj Araukanów to okolica, gdzie mieszkańcy Santiago wyjeżdżają na wakacje. Miasteczko Pucon, odległe od Currarehue o kilkanaście kilometrów, to stolica sportów górskich. Ale w górach jak to w górach, czasami pada i nie ma co robić. Wtedy można zainteresować się kulturą mieszkańców tego kraju i na przykład pojechać do Currarehue, by odwiedzić Muzeum Kultury Mapuczów.

W samym muzeum nie ma zbyt wiele do oglądania, ale przy wejściu siedzi pani, która wydaje darmowe bilety i jest bardzo rozmowna. Chętnie podejmuje się roli przewodniczki i z wielkim przejęciem opowiada to, co i tak jest wypisane na ścianach, bo w muzeum jest zdecydowanie więcej komentarzy, niż eksponatów. Ale też komu się chce czytać te wszystkie komentarze? A żywą przewodniczkę można pytać o inne rzeczy, o których napisy na ścianach nie wspominają. Na przykład jeśli przewodniczka mimochodem wspomni, ze jest poetką, to można ją zapytać o poezję. Na przykład czy można zobaczyć co ona pisze. W takim przypadku poetka może wykrzyknąć „No pewnie!” i otworzyć leżący na biurku zeszyt i pokazać wypisany ręcznie wiersz, a na pytanie czy można ten wiersz przepisać celem późniejszego ewentualnego przetłumaczenia poetka może wyrwać tę kartkę z zeszytu i ci ją wręczyć.

Myślicie, że to kompletna fantazja? Że to niemożliwe? Otóż jest to zupełnie możliwe, a w dodatku mi się to właśnie przydarzyło.

Mam ten wiersz ze sobą w rękopisie autorki. Jest on o araukańskiej krwi w jej żyłach. Kilka razy słyszałem w Chile stwierdzenie, że większość Chilijczyków ma wśród przodków jakichś Mapuczów, co najwyżej niektórzy chcieliby o tym zapomnieć. Trudno się takiemu stwierdzeniu dziwić wziąwszy pod uwagę, że konkwistadorzy wybierając się za ocean raczej nie zabierali ze sobą kobiet. Zapewne wychodzili z założenia, że jakieś kobiety znajdą się na miejscu. A wziąwszy pod uwagę wygląd większości Chilijczyków, którzy różnią się od Hiszpanów choćby ciemniejszą karnacją – zapewne mieli rację.

  

* * * 

Czarci RógChmury przepływają nad Currarehue. Góry wokół zielone, zza jednej wychyla się skała wyglądająca trochę jak czarci róg. Tak się zresztą nazywa, Cuerno del Diablo, dosłownie Czarci Róg. Trochę tak wygląda, jakby jakiś czart podsłuchiwał co się dzieje. A przecież nie dzieje się nic wielkiego. Ot, rozmowa o poezji w języku, którego mało kto już rozumie. To znaczy chodzi o poezję w tym języku pisaną, bo rozmowa odbywa się po hiszpańsku.

Poetka spotkana w muzeum zaprosiła mnie na spotkanie z inną poetką, dlatego jestem tej rozmowy świadkiem i poniekąd uczestnikiem. Poetki planują następne spotkanie, na którym będzie czytana poezja, ale moja obecność powoduje, ze padają bardziej podstawowe pytania. Jedna z poetek, imieniem Doris (ta spotkana wcześniej w muzeum), pisze tylko po hiszpańsku, ale druga, imieniem Sylvia, pisze w mapudungun, czyli języku Mapuczów. Ale kto czyta poezję w tym języku? Czy są ludzie, którzy znają tylko ten język? Nie ma takich ludzi, bo w Chile jest obowiązek szkolny, a cała edukacja jest wyłącznie po hiszpańsku. W ostatnich latach wprowadzono prawo, wedle którego w niektórych rejonach, tam gdzie Mapucze stanowią większość ludności, język araukański jest wykładany również, ale tylko jako język obcy, nie jest językiem wykładowym. Dzieci i w szkole i w domu mówią po hiszpańsku. W niektórych domach rodzice zakazują dzieciom mówić po araukańsku. Sylwia pracuje w szkole jako nauczycielka tego języka i opowiada o tym ze wzburzeniem.

Takim rodzicom mówię – nie chcę ograniczać twojej wolności, ale spójrz do lustra. Czy patrząc w lustro możesz powiedzieć, że nie jesteś Mapuczem?

W domu Sylwii mówiło się po araukańsku. Matka w ogóle nie znała hiszpańskiego. Matka uczyła ją obcować z naturą, brała ją nad rzekę i w góry, uczyła ziół. Sylwia mówi coś po araukańsku i nagle zaczyna płakać, a potem dodaje, że jej matka mówiła, że przyjdzie czas, kiedy ludzie będą się wstydzić tego, że są Mapuczami.

A przecież nie ma się czego wstydzić. Mapucze to jeden z niewielu indiańskich ludów, którzy nigdy nie dali się podbić Hiszpanom, a armia Chile potrafiła ich sobie podporządkować dopiero wtedy, kiedy miała automatyczną broń. Pierwsza próba podboju kraju Araukanów zakończyła się wielką ucztą, na której konkwistador Pedro de Valdivia został upieczony i zjedzony przez swojego byłego niewolnika, imieniem Lautaro. Branie araukańskich niewolników kończyło się tym, że niewolnik nauczywszy się sposobu funkcjonowania białych ludzi uciekał, a potem wiedział, jak się białym ludziom przeciwstawić. Ale oczywiście nie wszyscy się wstydzą araukańskiego pochodzenia, moje rozmówczynie w oczywisty sposób nie.

Sylwia ma ze sobą kilka kartek z wierszami, już w hiszpańskiej wesji językowej. Ma też tomik swojego przyjaciela Lionela Lienlfa, dwujęzyczny, na jednej stronie wiersz po araukańsku, na drugiej hiszpańskie tłumaczenie. W czasie rozmowy nie bardzo jest czas, żeby się w to wczytać, ale Sylwia pozwala mi to przefotografować, żebym mógł się wczytać później.

  

* * * 

Ulica w valparaisoValparaiso nie jest w kraju Mapuczów. Jest to port, który dawno temu założył pierwszy konkwistador Pedro de Valdivia zanim został zjedzony. Dziś jest to miasto bardzo kolorowe w sensie zupełnie dosłownym – jest to chyba światowa stolica grafitti. Co druga ściana jest pstrokato pomalowana, zwłaszcza w dzielnicy zamieszkałej przez literacką bohemę. W tejże dzielnicy pomiędzy malowidłami można znaleźć małą księgarenkę, można do niej wejść i – mimo że nie jest to kraj Araukanów – można znaleźć tomik araukańskiej poezji. Tak samo synoptycznie wydany, jak ten, który przefotografowałem od poetki Sylwii, ale innego poety. To mi się również przydarzyło. Poeta nazywa się Elicura Chihuailaf, a tomik nosi tytuł „De Suenos azules y Contrasuenos”, czyli 'O snach niebieskich i snach przeciwnych'.

  

* * * 

Krótkie spotkania, ledwie otarcie się o zjawisko, ale otarłszy się o zjawisko wiem, że ono istnieje. Ktoś pisze poezję po araukańsku, ktoś ją wydaje, a skoro ktoś ją wydaje, to zapewne ktoś ją również czyta. Jest to ciekawa poezja, bynajmniej nie grafomania. Pisana jest białym wierszem co zapewne nie jest zaskoczeniem, zważywszy, że tak pisał chilijski wieszcz Pablo Neruda. Tyle, że młodzi Mapucze piszą po araukańsku. Czy istniała tradycja pisania wierszy w tym języku? Na pewno nie, tradycyjnie nie było to język pisany, zasady pisowni zostały ustalone zupełnie niedawno. Sami poeci utrzymują, że wiersz zapisany traci część swego uroku. A zatem tradycja jest hiszpańskojęzyczna, ale podjęta w języku Mapuczów. Poeci araukańscy to ludzie z uniwersyteckim wykształceniem, którzy – jak chyba można założyć – czytali wiersze Nerudy. Żyją w świecie hiszpańskojęzycznym, zapewne po hiszpańsku mieliby więcej czytelników, niż w wymierającym indiańskim narzeczu. Dlaczego więc piszą po araukańsku. ​

Domyślam się, że jest to próba ratowania wymierającego języka. A język wymiera, ponieważ w Chile jest obowiązek szkolny, a cała edukacja jest po hiszpańsku, począwszy od szkoły podstawowej. Tak jest na całym świecie, młodzież porozumiewa się językiem używanym w szkole, a język rodziców wymiera. Młodzi araukańscy poeci muszą wydawać swoje książki synoptycznie w obu językach, bo nawet indiańska młodzież może mieć problemy ze zrozumieniem oryginału.

Tu pewnie powinien nastąpić tekst krytycznoliteracki analizujący tę poezję. Nie nastąpi jednakże, bowiem nie jestem krytykiem literackim. Jestem co najwyżej obieżyświatem, któremu zdarza się szperać po mało znanych kulturach. Czasami jestem również tłumaczem. Mogę zatem zaprezentować kilka tłumaczeń tego, co wyszperałem w mało znanej kulturze (ciekaw jestem, ilu z moich czytelników słyszało w ogóle, ze istnieje kultura Mapuczów). Tłumaczenia są oczywiście z hiszpańskiego, bo araukański jest dla mnie bardziej tajemniczy, niż chińszczyzna.

  

KILKA WIERSZY POETÓW ARAUKAŃSKICH

  

Sylvia i DorisSylvia Navarro

 

WIATR

Wiatr przemija w pośpiechu

Przeczesuje gęstwę liści

Potem przystaje zdyszany

Przemija tak jak życie

Mieli wspomnienia

Zamierzchłych lat

Umarłych miłości

 

GÓRSKI STOK

Kiedy księżyc rośnie

Wybieram się na schadzkę

Z górskim stokiem

 

Na polanie nocy

Głogi i mirty

Widzą że przychodzę.

One są świadkami

Naszej schadzki.

 

Wietrzyk chłodny i miękki

Pieści me włosy

Prawie bose me stopy

Odpoczywają na ziemi

Tu jestem duchem życia

Przy kojącym górskim stoku

Który przy księżycu

Śpiewa w ciszy

 

 

 

Leonel Lienlaf

 

 

* * *

Moje wnętrze

w tych sennych pieśniach

śpi przy ogniu

podczas gdy na zewnątrz

wiatr

każe górom tańczyć

 

 

* * *

Pośród dawnych słów

płynie me serce

przy ogniu

przygarnia mnie

 

 

* * *

Duchy przybyły

wirując wokół ognia

przyniosłem im słowo

w lisiej pieśni

 

 

PEJZAŻ

Tam daleko

spomiędzy martwych drzew

wyłania się łagodny chłopiec

bezpieczny za wąwozem

 

  

 

Elicura Chihuailaf

 

SEN W DOLINIE KSIĘŻYCOWEJ

Jestem tu wśród Białych Skał

Wzgórza i chmury się plączą,

niczym walczące węże.

Moje ciało zdaje się być rozdzielone

pomiędzy wodę i ziemię.

Od mojego ogrodu jestem tak daleko,

nie chcę o tym myśleć.

W pamięci mam róg myśliwski

(brzmienie miłości).

Biorę jeszcze gitarę i wchodzę w sen.

Układam palce na napiętych strunach.

Będę czuł ich wibracje,

kiedy zadrżą na dźwięk leśnej pieśni.

 

 

KIEDY MOJE SNY ŚPIEWAJĄ O WODACH WSCHODU

Jestem zwiędłą trawą

dającą znaki deszczowi.

Później czuję pierwsze krople

padające na łąkę.

Jak tą wodą nasiąkam!”

słyszę siebie mówiącego,

gdy tańczę pośród kwiatów.

Kiedy się obudzę,

to mnie podniesie na duchu

i zachowa wokół mnie

aromat lawendy.

   

 

Wiersz wyrwany z notatnika Doris Peña Sepulveda

 

* * *

Wśród zapomnianych kątów

historii żyjącej w legendach

czuć krew Mapuczów

pojawia się w echach ziemi

jak wiaterek lata

z lodów zimy

z jesieni zbłąkanych w czasie

z wiecznej wiosny

krzyczy: żyję!

W moich żyłach jest krew Araukanów

droga przez stulecia

opowieści przodków

pośród nici na krosnach

na których tka się me życie

na krosnach mego istnienia

ginie me pochodzenie

w szczelinach Korylierów

niesie moją krew

kondor szybujący

wśród bękitu nieba

oraz białych szczytów

mego araukańskiego przedwczoraj

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Rysiu "Górka" Węgrzyn

piątek, 28 kwietnia 2017 16:56

 


Taki właśnie był Rysiu WęgrzynW sobotę zadzwonił do mnie Rysiu Węgrzyn. Namawiał mnie, żebym do
niego wpadł z gitarą, to byśmy sobie pograli. Wtedy nie poszedłem, ale zmierzałem wpaść do niego w najbliższych dniach. Nie ządżyłem. Wpadłem, owszem, we wtorek 25 kwietnia, ale już bez gitary, tylko żeby pobyć trochę z jego żoną Agnieszką. Tego właśnie dnia Rysiu położył się na poobiednią drzemkę i zmarł.

     Gitarę miałem ze sobą wziąć nie dlatego, że Rysiu miał ich za mało. Gitar miał w domu sporą kolekcję, ale w tej kolekcji nie miał metalowej rezofonicznej gitary takiej, na jakiej Murzyni w Delcie Missisipi grali bluesa z szyjką od butelki na palcu. Tak się składa, że taka gitarę mam ja, a Rysiu lubił sobie na niej czasem pobrzdąkać.

     Co ja napisałem? Pobrzdąkać? Hm, pewnie tak to trzeba nazwać, pamiętając jednak, że różne są stopnie brzdąkania. Jakąkolwek Rysiu brał do ręki gitarę, brzdąkał jak jakiś Clapton, Hendrix albo Robert Johnson. Tyle, że przez ostatnich kilka lat brzdąkał wylącznie w domu. Ale tak się składa, że ja mieszkam niedaleko i czasem do niego wpadałem. Z gitarą.

     Z Rysiem poznał mnie Sławek Orwat. Rysiu mieszkał wtedy w Hatfield, podobnie jak Romek Iwanowicz i Rysiu Pihan. Ci trzej tworzyli blues-rockową kapelę o nazwie Emigration Blues, grającą głównie utwory Tadeusza Nalepy. Ja się do tej kapeli przyłączyłem grając na gitarze basowej, którą nieco wcześniej kupiłem na car boot sale. Próby były w domu u Rysia Węgrzyna, tyle że z jakiegoś względu on sam prawie nigdy nie grał z nami na koncertach. Tylko raz udało mi się go wyciągnąć na koncert, było to w maju 2011 roku. Koncert nie był dobrze przygotowany, Romek śpiewał, ale myliły mu się i słowa, i melodia, w sumie brzmiało to raczej jak jam session, tym niemniej gitara Rysia Węgrzyna brzmiała na tym tle magicznie. Jeśli ktoś chce usłyszeć próbkę tego, jak Rysiu potrafił brzdąkać, to niech wpisze do youtube hasło 'emigration blues modlitwa”, to się przekona. Nie tylko zresztą brzdąkać, na tym samym koncercie Rysiu wyciągnął z kieszeni harmonijkę i zaczął na niej zawodzić rzewnego bluesa, Romek mu na gitarze grał rytm, co też jerst nagrane. Ale już więcej takich nagrań nie będzie. To był Rysia ostatni koncert.



Rysiu Węgrzyn z żoną Agnieszką w dawnych czasach, rysunek Witka Węgrzyna.A miał tych koncertów Rysiu w życiu sporo, znacznie lepiej przygotowanych i w znakomitym towarzystwie. W Katowicach (skąd pochodził) wraz z Teodorem Danyszem założył zespół KWADRAT. Rysiu miał wtedy ksywę „Górka”. Grali muzykę jazz-rockową, trochę w stylu SBB. Z członkami SBB muzycy Kwadratu się przyjaźnili i razem grywali, na youtube można znaleźć nagranie z koncertu w TVP, gdzie Rysiu (z potężną brodą w tamtych czasach) gra na gitarze, a Józef Skrzek na klawiszach. W Katowicach Rysiu mieszkał na tym samym osiedlu co Antymos Apostolis. Rysiu miał wówczas jakąś kiepsko brzmiącą czeską gitarę, więc do nagrań w TV pożyczał instrument od Antymosa, który – jako członek sławnego już wtedy SBB – miał znacznie lepszy sprzęt. Muzycy Kwadratu przyjaźnili się także z muzykmi Dżemu, a jeden z nich – Adam Otręba – grał w obu zespołach.

     Kwadrat jednak nie osiągnął podobnych sukcesów. Pierwsza płyta wyszła w 2006 roku, kiedy zespół już nie istniał. Rysiu od 2004 roku mieszkał w Anglii, w Hatfield, niedaleko mnie. Pracował w „internetowym supermarkecie” Ocado, gdzie w pewnym okresie 80% obsługi to byli Polacy, wśród nich kilku muzyków. Muzycy stworzyli zespół, który zagrał w Londynie kilka koncertów, jednakże mimo iż próby odbywały się u Rysia w domu, sam Rysiu prawie nigdy na koncetach nie grał.

     Po części powodem były problemy osobiste. Jego żona zapadła na ciężką chorobę i od kilku lat porusza się na wózku inwalidzkim, a Rysiu do ostatniego momentu się nią opiekował. Miał też jakieś problemy psychiczne, które nie pozwalały mu wychodzic z domu. Wychodził bardzo rzadko, większość czasu siedział w domu i brzdąkał (co ja napisałem? „brzdąkał”?) na swoich kilku gitarach. Tu w Anglii nie musiał od nikogo pożyczać dobrego sprzętu. Miał sprzęt najwyższej klasy, nie miał tylko tylko metalowej gitary rezfonicznej pdobnej do tych, na których Murzyni w Delcie Missisipi grali kiedyś bluesa. Kiedy chcał sobie na tekiej pobrzdąkać, dzwonił do mnie. Dzięki temu należałem do niewielkiego grona, które mogło usłyszeć jam session u Rysia Węgrzyna.

     No cóż, ciąg dalszy nie nastąpi. Więcej jamów u Rysia nie będzie.

Józef Skrzek na pogrzebie Rysia Węgrzyna

 

P.S.
Pojechałem na pogrzeb Rysia w Siemianowicach Śląskich. Troszkę się spóźniłem, wszedłem do kościoła i stanąłem z tyłu. Obok mnie stał jakiś facet, któremu chyba płynęły łzy. Niski, bujna czupryna afro otaczała małą łysinkę. Spojrzałem jeszcze raz. Przecież to Józef Skrzek! W pewnym momencie podszedł do kościelnej fisharmonii i zaczął grać i śpiewać w stylu podobnym do "Ze słowem biegnę do ciebie". Tylko tekst był inny, o Zmatwychstałym.
Nie wiedziałem, że on takie rzeczy śpiewa. Pewnie trzeba trafić na pogrzeb, żeby to usłyszeć.

 

 

ięcej o Rysiu pisze Sławek Orwat na swoim blogu 

Muzyczna podróż

Trochę muzyki w wykonaniu Rysia
Rysiu Wegrzyn na gitarze wiodącej 
https://www.youtube.com/watch?v=n-_6SnkIsUE
Rysiu Węgrzyn na harmonijce 
https://www.youtube.com/watch?v=e-8JSIrW-aY
Rysiu Węgrzyn w 1980 roku na gitarze wiodącej
https://www.youtube.com/watch?v=oU2axJwo-_M
https://www.youtube.com/watch?v=AIf7yJkFtIU


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Co robić, żeby zaświeciło słońce?

środa, 15 marca 2017 14:11

Wulkan VillaricaWulkan Villarica dymi. Dymi codziennie, biały dym z białego stożkowatego komina. Zakopcony czubek otoczony jest kryzą wiecznego śniegu.
     „Kiedy dwa lata temu ten wulkan wybuchł, cały ten śnieg od razu spłynął i były powodzie. W dodatku woda niosła jakieś trujące opary i nie wolno było podchodzić do potoków. Ale ten wybuch nie przyniósł wielkich szkód. A potem, dwa miesiące później, wybuchł wulkan Chalbuco, dalej na południe. Wtedy była noc w dzień, zupełnie ciemno, jeszcze o jedenastej. Dopiero około południa zaczęło się przejaśniać. Potem popiół padał jak śnieg.”
Ksiądz Stanisław, który mi to opowiada, mieszka w Currarehue, w górach Araukarii, czyli w kraju Mapuczów. Powinienem pewnie jeszcze dodać, że to jest w Chile, bo istotnie republika Chile podbiła kraj Mapuczów jakieś sto trzydzieści lat temu. Do tego czasu Mapucze byli całkowicie niepodlegli. Araukaria, czyli kraj Mapuczów, to niby Andy, ale w tym rejonie niewysokie, sięgające około półtora tysiąca metrów nad poziomem morza. Wyjątkiem są wulkany sięgają czterech tysięcy, albo i pięciu. Niektóre dymią cały czas, niektóre co kilkadziesiąt lat wybuchają. Pokryte wiecznym śniegiem, a tam, gdzie śniegu nie ma, popiołem albo zastygłą lawą, szare. Otaczające je górskie łańcuchy są zielone, pokryte lasem, który powyżej tysiąca metrów staje się lasem araukarii. Araukarie to potężne drzewa, które rosną tylko w tym rejonie świata i tylko powyżej tysiąca metrów. Podobno są to relikty z czasów dinozaurów, a istniejące do dziś stanowiska to niedobitki z zamierzchłych czasów. Indywidualne drzewa też potrafią osiągać imponujący wiek, ponad tysiąc lat. Są pod tak ścisłą ochroną, że nie ścina się ich nawet jeśli stoją na drodze właśnie budowanej międzynarodowej szosy. Nieoceniony ksiądz Stanisław zabiera mnie w takie miejsce, gdzie araukarie rosną na środku drogi. Jest to niedaleko granicy z Argentyną, u stóp wulkany Lanin, szarego masywu. Ksiądz Stanisław przy jednej z kapliczek.
Ksiądz Stanisław, rodowity góral z Beskidu Żywieckiego, jest tu w swoim żywiole. W niedziele jeździ parafialnym jeepem do odległych o dziesiątki kilometrów dolin i odprawia msze we wsiach zamieszkałych przez Mapuczów. Jadę z nim na jedną z takich wypraw. Kapliczki są malutkie, niektóre zbudowane specjalnie jako małe kościoły stojące na wydzielonej parceli otoczonej drzewami, a na sąsiednich parcelach pasą się woły. Inne to opuszczone domy używane obecnie jako kaplice, mają kuchnię i łazienkę, drzwi do łazienki za ołtarzem. Niewiele osób przychodzi na msze. W jednej wsi tylko pięć, w dodatku trzeba jechać po klucze, bo kościelna ma gości i na mszę nie przyszła. Do innej (tej z łazienką za ołtarzem) przychodzi może trzydzieści osób razem z dziećmi.
     „Tu nie ma frekwencji”, mówi ksiądz Stanisław. „Zupełnie inaczej było w Kamerunie, gdzie byłem kilkanaście lat. Tam w takich odległych wsiach wszystko było zawsze przygotowane, kościół był pełen ludzi, ja byłem ostatnią osobą, która przychodziła. W krajach, gdzie rządzili Hiszpanie, wiara tak się nie zakorzeniła. Ci Mapucze mają jeszcze swoje tradycje, odprawiają swoje ceremonie, tak zwane ngilatun, którym przewodniczy lonko, wódz klanu. A jednocześnie oficjalnie są chrześcijanami. Protestanckie sekty zwalczają tę pogańską tradycję, a Kościół Katolicki to toleruje.”Araukaria na środku międzynarodowej szosy.
     Sami Mapucze nie widzą tu żadnej sprzeczności. Są katolikami i jednocześnie odprawiają swoje ceremonie – dlaczego miałaby to być sprzeczność? Jeszcze dziś mają swoich proroków, tak jak kiedyś mieli ich na pustyni Żydzi. Przez proroków Bóg objawia swoją wole i Mapucze go słuchają. A Ngilatun to rozmowa z Bogiem. Nie prywatna rozmowa, religia Mapuczów to nie prywatne wyznanie, cały klan zbiera się na ceremonię, a inne klany też są zaproszone. Lonko całą ceremonię prowadzi, ale jest to święto całej wspólnoty. Lonko musi się specjalnie przygotować, przez pewien czas musi żyć w celibacie, nie może też przez jakiś czas spożywać żywności kupionej w sklepie. On prowadzi ceremonię, ale prowadzi ją w imieniu całej wspólnoty. Nie tylko ludzi, zwierzęta też są obecne, są woły i barany, one też potrzebują Bożej opieki. Konie biorą udział w ceremonii, młodzi jeźdźcy galopują wokół terenu, aby nie dopuścić na to miejsce diabła. Młodzież czuwa też nocami, śpiewa pieśni, słucha opowieści, by diabeł nie mógł się wcisnąć. Dlaczego taka ceremonia miałaby by być sprzeczna z katolicyzmem?
     Na łąkach koło kaplic pasą się woły. To wcale nie przenośnia, są one tu do dziś używane jako napęd do pojazdów, raz po raz mijamy wóz ciągniony przez woły. Mijamy także szeroką łąkę, na której zbudowane są zadaszenia z drewna i słomy otaczające półkolem centralny plac. „To tu właśnie Mapucze odbywają swoje ceremonie,” mówi ksiądz Stanisław. „Później pojedziemy spotkać lonko, będziesz sobie z nim mógł pogadać.”Tradycyjne domostwo Mapuczów

     Mam całkiem sporo czasu, by pogadać sobie z lonko Alejandro, bo zatrzymuję się u niego na kilka dni. Nie ma on wołów, jego rodzina porusza się samochodami. Ma pięć córek, trzech synów i kilkanaścioro wnuków. Jedna z córek ma pszczoły, ogromną pasiekę, a także laboratorium, w którym produkuje preparaty kosmetyczne z miodu. Pytam, skąd się nauczyła tajemnej wiedzy na temat właściwości miodu, odpowiada, że od profesorów z Santiago. Nie jest to więc ezoteryczna mądrość Mapuczów. Lonko Alejandro mieszka w domu w zasadzie takim samym jak inni Chilijczycy, acz pierwszą rozmowę z turystą zainteresowanym tradycją Mapuczów zabiera nas do specjalnie w tym celu zbudowanego tradycyjnego domostwa, zwanego ruka. Jest to solidna chata zbudowana z solidnych pionowo wbitych w ziemię bali, dach też z solidnych desek. „Mapucze na wybrzeży budowali domy kryte strzechą, ale tu w górach musimy mieć dach solidny, bo czasami pada kilka metrów śniegu”, mówi lonko Alejandro. Pośrodku ruki ułożone kamieniami miejsce na ognisko, a pod ścianami ławy wylożone baranimi skórami. Wnętrze tradycyjnego domostwa Mapuczów
     Tak mieszkali Mapucze kiedyś, a lonko Alejandro specjalnie zbudował sobie taką rukę, żeby ją pokazywać turystom zainteresowanym kulturą Indian. A takich jest coraz więcej. Przyjeżdżają w góry uprawiać górskie sporty, a skoro w górach mieszkają Indianie, to można zawsze w któryś deszczowy dzień zobaczyć jak wyglądają. Kupić jakiś ręcznie robiony bibelocik. A Mapucze nie w ciemię bici, wyczuli popyt i teraz produkują masowo ręcznie robione bibelociki. Całkiem ładne bibelociki. I organizują targi rękodzieła ludowego, które trwają całe lato. Na targach można też zakosztować tradycyjnej kuchni Mapuczów, potraw gotowanych na polowym piecyku. Dwie córki lonko Alejandro pracują w takiej polowej kuchni na ludowych targach w Currarehue. Inne mają domki wynajmowane turystom, którzy przyjeżdżają uprawiać sporty górskie. Lonko Alejanro ma również zięcia imieniem François, który pracuje jako przewodnik górski. Bo w Chile nie można sobie ot tak po prostu chodzić po górach, trzeba mieć przewodnika. Góry są albo prywatne, a wówczas właściciel takiej góry pobiera opłaty za wejście, albo są w parkach narodowych, które też pobierają opłaty, a w dodatku nie wpuszczają bez przewodnika. Zatem przewodnicy mają zatrudnienie oprowadzając po górach turystów przybywających licznie z Niemiec i Francji. Zięć lonko Alejandro też jest Francuzem i akurat kiedy tam jestem, prowadzi grupę ziomków na świętą górę Mapuczów. Dołączam się.
Rehue
     Chmury tego dnia są nisko, na wysokości tysiąca metrów idziemy przez gęstą mgłę. Las jest tu dziewiczy, pomiędzy chaszczami colinhue majaczą wielkie drzewa, potężne konary, niektóre pnie wypróchniałe. Colinhue to rodaj bambusa odpornego na mrozy i pleniącego się gęsto w górach Mapuczów, tworzącego trudne do przebycia chaszcze. W pewnym miejscu na małej polance François przystaje mówiąc: „Tu jest rehue, święte miejsce Mapuczów i ołtarz, przy którym trzeba złożyć ofiarę.” Ołtarzem jest niski przycięty pień drzewa z dużym kamieniem wciśniętym między dwa konary. François prosi najpierw o chwilę milczenia, w czasie której trzeba prosić duchy tego miejsca o pozwolenie wejścia, a następnie obchodzi rehue wkoło obsypując je ziarnem.
     Idziemy dalej, Na pewnej wysokości wśród drzew zaczynają się pojawiać araukarie. Dla Mapuczów araukaria to święte drzewo. Na wysokich gałęziach araukarii rosną potężne szyszko, które co dwa lub trzy lata wysypują ogromne ilości nasion wielkich ja orzechy. Są to tak zwane po hiszpańsku piñones, czyli orzechy sosnowe. Indianie wtedy idą je po prostu zbierać z ziemi. Zebrane w obfitym roku mogą być przechowywane przez trzy lub cztery lata. Można je jeść surowe, gotować lub zmielić na mąkę i z tej mąki zrobić chleb. W dawnych czasach było to ważne źródło żywności i trudno się dziwić, że było traktowane jak święte.
Przez Mapuczów to drzewo nadal jest traktowane jak święte. Będą oni walczyć wszelkimi sposobami, żeby świętych drzew nie ścinać. Nawet, jeśli stoją na drodze międzynarodowej szosy. To raczej szosę trzeba zbudować wokół drzewa.
     Wieczorem przed domem przy ogrodowym stole, popijając maté, pytam lonko Alejndro co to jest rehue.Lonko Alejandro

     Maté to nie jest taki po prostu zwykły napój. Kubek z maté zawsze podawany jest z rąk do rąk jak skręt marihuany. Do kubka wsypuje się fusy i zalewa gorąca wodą, a pije się przez słomkę. Ta słomka to nie taka po prostu zwykła słomka, zazwyczaj jest metalowa, a na dole ma siteczko, tak że fusy nie dostają się do środka. Kiedy jedna osoba wypije, fusy zalewane są wodą z dzbanuszka i kubek podawany nastepnej osobie.
     „Rehue jest po to, żeby chronić las. Póko rehue tam jest, tego lasu nikt nie wytnie. Nie ma takiej możliwości. To tak, jak z tym mostem, co tu niedaleko budowano przez rzekę. Inżynierowie zaprojektowali most i przez dwa lata nie mogli go zbudować. Nikt nie wiedział dlaczego. Benita, moją żona, powiedziała im, żeby przyszli do mnie. W końcu przyszli do mnie i pytali, czy coś mogę zrobić. Odprawiłem ceremonię prosząc duchy opiekuńcze tego miejsca o pozwolenie zbudowania mostu. W czasie ceremonii kondor zniżył lot nad nami, a to oznacza, że nasza prośba została wysłuchana. Powiedzialem inżynierom, że mają trzy miesiące na zbudowanie tego mostu. I zbudowali.
     Tak samo dwa lata temu, kiedy wybuchł wulkan Chalbuco i słońce nie wyszło. O jedenastej przed południem było jeszcze zupełnie ciemno. Byli tu u nas wtedy studenci z Valparaiso i zaczęli rozpaczać, padali na kolana i prosili Boga o przywrócenie słońca. Benita powiedziała, że powinienem odprawić ceremonię. Odprawiłem ceremonię i jak tylko skończyłem, zaczęło się przejaśniać.
     Potem ci studenci z Valparaiso pytali mnie, jak ja to zrobiłem. Co miałem im powiedzieć? Miałem ich uczyć co robić, żeby zaświeciło słońce?”

Święty las Mapuczów.


Podziel się
oceń
3
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

piątek, 24 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  182 876  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

O moim bloogu

Teksty i zdjęcia z różnych stron świata. Głównie próba zrozumienia tego, co można tam zobaczyć.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 182876

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Ale seriale

Pytamy.pl