Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 243 195 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Rysiu "Górka" Węgrzyn

piątek, 28 kwietnia 2017 16:56

 


Taki właśnie był Rysiu WęgrzynW sobotę zadzwonił do mnie Rysiu Węgrzyn. Namawiał mnie, żebym do
niego wpadł z gitarą, to byśmy sobie pograli. Wtedy nie poszedłem, ale zmierzałem wpaść do niego w najbliższych dniach. Nie ządżyłem. Wpadłem, owszem, we wtorek 25 kwietnia, ale już bez gitary, tylko żeby pobyć trochę z jego żoną Agnieszką. Tego właśnie dnia Rysiu położył się na poobiednią drzemkę i zmarł.

     Gitarę miałem ze sobą wziąć nie dlatego, że Rysiu miał ich za mało. Gitar miał w domu sporą kolekcję, ale w tej kolekcji nie miał metalowej rezofonicznej gitary takiej, na jakiej Murzyni w Delcie Missisipi grali bluesa z szyjką od butelki na palcu. Tak się składa, że taka gitarę mam ja, a Rysiu lubił sobie na niej czasem pobrzdąkać.

     Co ja napisałem? Pobrzdąkać? Hm, pewnie tak to trzeba nazwać, pamiętając jednak, że różne są stopnie brzdąkania. Jakąkolwek Rysiu brał do ręki gitarę, brzdąkał jak jakiś Clapton, Hendrix albo Robert Johnson. Tyle, że przez ostatnich kilka lat brzdąkał wylącznie w domu. Ale tak się składa, że ja mieszkam niedaleko i czasem do niego wpadałem. Z gitarą.

     Z Rysiem poznał mnie Sławek Orwat. Rysiu mieszkał wtedy w Hatfield, podobnie jak Romek Iwanowicz i Rysiu Pihan. Ci trzej tworzyli blues-rockową kapelę o nazwie Emigration Blues, grającą głównie utwory Tadeusza Nalepy. Ja się do tej kapeli przyłączyłem grając na gitarze basowej, którą nieco wcześniej kupiłem na car boot sale. Próby były w domu u Rysia Węgrzyna, tyle że z jakiegoś względu on sam prawie nigdy nie grał z nami na koncertach. Tylko raz udało mi się go wyciągnąć na koncert, było to w maju 2011 roku. Koncert nie był dobrze przygotowany, Romek śpiewał, ale myliły mu się i słowa, i melodia, w sumie brzmiało to raczej jak jam session, tym niemniej gitara Rysia Węgrzyna brzmiała na tym tle magicznie. Jeśli ktoś chce usłyszeć próbkę tego, jak Rysiu potrafił brzdąkać, to niech wpisze do youtube hasło 'emigration blues modlitwa”, to się przekona. Nie tylko zresztą brzdąkać, na tym samym koncercie Rysiu wyciągnął z kieszeni harmonijkę i zaczął na niej zawodzić rzewnego bluesa, Romek mu na gitarze grał rytm, co też jerst nagrane. Ale już więcej takich nagrań nie będzie. To był Rysia ostatni koncert.



Rysiu Węgrzyn z żoną Agnieszką w dawnych czasach, rysunek Witka Węgrzyna.A miał tych koncertów Rysiu w życiu sporo, znacznie lepiej przygotowanych i w znakomitym towarzystwie. W Katowicach (skąd pochodził) wraz z Teodorem Danyszem założył zespół KWADRAT. Rysiu miał wtedy ksywę „Górka”. Grali muzykę jazz-rockową, trochę w stylu SBB. Z członkami SBB muzycy Kwadratu się przyjaźnili i razem grywali, na youtube można znaleźć nagranie z koncertu w TVP, gdzie Rysiu (z potężną brodą w tamtych czasach) gra na gitarze, a Józef Skrzek na klawiszach. W Katowicach Rysiu mieszkał na tym samym osiedlu co Antymos Apostolis. Rysiu miał wówczas jakąś kiepsko brzmiącą czeską gitarę, więc do nagrań w TV pożyczał instrument od Antymosa, który – jako członek sławnego już wtedy SBB – miał znacznie lepszy sprzęt. Muzycy Kwadratu przyjaźnili się także z muzykmi Dżemu, a jeden z nich – Adam Otręba – grał w obu zespołach.

     Kwadrat jednak nie osiągnął podobnych sukcesów. Pierwsza płyta wyszła w 2006 roku, kiedy zespół już nie istniał. Rysiu od 2004 roku mieszkał w Anglii, w Hatfield, niedaleko mnie. Pracował w „internetowym supermarkecie” Ocado, gdzie w pewnym okresie 80% obsługi to byli Polacy, wśród nich kilku muzyków. Muzycy stworzyli zespół, który zagrał w Londynie kilka koncertów, jednakże mimo iż próby odbywały się u Rysia w domu, sam Rysiu prawie nigdy na koncetach nie grał.

     Po części powodem były problemy osobiste. Jego żona zapadła na ciężką chorobę i od kilku lat porusza się na wózku inwalidzkim, a Rysiu do ostatniego momentu się nią opiekował. Miał też jakieś problemy psychiczne, które nie pozwalały mu wychodzic z domu. Wychodził bardzo rzadko, większość czasu siedział w domu i brzdąkał (co ja napisałem? „brzdąkał”?) na swoich kilku gitarach. Tu w Anglii nie musiał od nikogo pożyczać dobrego sprzętu. Miał sprzęt najwyższej klasy, nie miał tylko tylko metalowej gitary rezfonicznej pdobnej do tych, na których Murzyni w Delcie Missisipi grali kiedyś bluesa. Kiedy chcał sobie na tekiej pobrzdąkać, dzwonił do mnie. Dzięki temu należałem do niewielkiego grona, które mogło usłyszeć jam session u Rysia Węgrzyna.

     No cóż, ciąg dalszy nie nastąpi. Więcej jamów u Rysia nie będzie.

Józef Skrzek na pogrzebie Rysia Węgrzyna

 

P.S.
Pojechałem na pogrzeb Rysia w Siemianowicach Śląskich. Troszkę się spóźniłem, wszedłem do kościoła i stanąłem z tyłu. Obok mnie stał jakiś facet, któremu chyba płynęły łzy. Niski, bujna czupryna afro otaczała małą łysinkę. Spojrzałem jeszcze raz. Przecież to Józef Skrzek! W pewnym momencie podszedł do kościelnej fisharmonii i zaczął grać i śpiewać w stylu podobnym do "Ze słowem biegnę do ciebie". Tylko tekst był inny, o Zmatwychstałym.
Nie wiedziałem, że on takie rzeczy śpiewa. Pewnie trzeba trafić na pogrzeb, żeby to usłyszeć.

 

 

ięcej o Rysiu pisze Sławek Orwat na swoim blogu 

Muzyczna podróż

Trochę muzyki w wykonaniu Rysia
Rysiu Wegrzyn na gitarze wiodącej 
https://www.youtube.com/watch?v=n-_6SnkIsUE
Rysiu Węgrzyn na harmonijce 
https://www.youtube.com/watch?v=e-8JSIrW-aY
Rysiu Węgrzyn w 1980 roku na gitarze wiodącej
https://www.youtube.com/watch?v=oU2axJwo-_M
https://www.youtube.com/watch?v=AIf7yJkFtIU


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Co robić, żeby zaświeciło słońce?

środa, 15 marca 2017 14:11

Wulkan VillaricaWulkan Villarica dymi. Dymi codziennie, biały dym z białego stożkowatego komina. Zakopcony czubek otoczony jest kryzą wiecznego śniegu.
     „Kiedy dwa lata temu ten wulkan wybuchł, cały ten śnieg od razu spłynął i były powodzie. W dodatku woda niosła jakieś trujące opary i nie wolno było podchodzić do potoków. Ale ten wybuch nie przyniósł wielkich szkód. A potem, dwa miesiące później, wybuchł wulkan Chalbuco, dalej na południe. Wtedy była noc w dzień, zupełnie ciemno, jeszcze o jedenastej. Dopiero około południa zaczęło się przejaśniać. Potem popiół padał jak śnieg.”
Ksiądz Stanisław, który mi to opowiada, mieszka w Currarehue, w górach Araukarii, czyli w kraju Mapuczów. Powinienem pewnie jeszcze dodać, że to jest w Chile, bo istotnie republika Chile podbiła kraj Mapuczów jakieś sto trzydzieści lat temu. Do tego czasu Mapucze byli całkowicie niepodlegli. Araukaria, czyli kraj Mapuczów, to niby Andy, ale w tym rejonie niewysokie, sięgające około półtora tysiąca metrów nad poziomem morza. Wyjątkiem są wulkany sięgają czterech tysięcy, albo i pięciu. Niektóre dymią cały czas, niektóre co kilkadziesiąt lat wybuchają. Pokryte wiecznym śniegiem, a tam, gdzie śniegu nie ma, popiołem albo zastygłą lawą, szare. Otaczające je górskie łańcuchy są zielone, pokryte lasem, który powyżej tysiąca metrów staje się lasem araukarii. Araukarie to potężne drzewa, które rosną tylko w tym rejonie świata i tylko powyżej tysiąca metrów. Podobno są to relikty z czasów dinozaurów, a istniejące do dziś stanowiska to niedobitki z zamierzchłych czasów. Indywidualne drzewa też potrafią osiągać imponujący wiek, ponad tysiąc lat. Są pod tak ścisłą ochroną, że nie ścina się ich nawet jeśli stoją na drodze właśnie budowanej międzynarodowej szosy. Nieoceniony ksiądz Stanisław zabiera mnie w takie miejsce, gdzie araukarie rosną na środku drogi. Jest to niedaleko granicy z Argentyną, u stóp wulkany Lanin, szarego masywu. Ksiądz Stanisław przy jednej z kapliczek.
Ksiądz Stanisław, rodowity góral z Beskidu Żywieckiego, jest tu w swoim żywiole. W niedziele jeździ parafialnym jeepem do odległych o dziesiątki kilometrów dolin i odprawia msze we wsiach zamieszkałych przez Mapuczów. Jadę z nim na jedną z takich wypraw. Kapliczki są malutkie, niektóre zbudowane specjalnie jako małe kościoły stojące na wydzielonej parceli otoczonej drzewami, a na sąsiednich parcelach pasą się woły. Inne to opuszczone domy używane obecnie jako kaplice, mają kuchnię i łazienkę, drzwi do łazienki za ołtarzem. Niewiele osób przychodzi na msze. W jednej wsi tylko pięć, w dodatku trzeba jechać po klucze, bo kościelna ma gości i na mszę nie przyszła. Do innej (tej z łazienką za ołtarzem) przychodzi może trzydzieści osób razem z dziećmi.
     „Tu nie ma frekwencji”, mówi ksiądz Stanisław. „Zupełnie inaczej było w Kamerunie, gdzie byłem kilkanaście lat. Tam w takich odległych wsiach wszystko było zawsze przygotowane, kościół był pełen ludzi, ja byłem ostatnią osobą, która przychodziła. W krajach, gdzie rządzili Hiszpanie, wiara tak się nie zakorzeniła. Ci Mapucze mają jeszcze swoje tradycje, odprawiają swoje ceremonie, tak zwane ngilatun, którym przewodniczy lonko, wódz klanu. A jednocześnie oficjalnie są chrześcijanami. Protestanckie sekty zwalczają tę pogańską tradycję, a Kościół Katolicki to toleruje.”Araukaria na środku międzynarodowej szosy.
     Sami Mapucze nie widzą tu żadnej sprzeczności. Są katolikami i jednocześnie odprawiają swoje ceremonie – dlaczego miałaby to być sprzeczność? Jeszcze dziś mają swoich proroków, tak jak kiedyś mieli ich na pustyni Żydzi. Przez proroków Bóg objawia swoją wole i Mapucze go słuchają. A Ngilatun to rozmowa z Bogiem. Nie prywatna rozmowa, religia Mapuczów to nie prywatne wyznanie, cały klan zbiera się na ceremonię, a inne klany też są zaproszone. Lonko całą ceremonię prowadzi, ale jest to święto całej wspólnoty. Lonko musi się specjalnie przygotować, przez pewien czas musi żyć w celibacie, nie może też przez jakiś czas spożywać żywności kupionej w sklepie. On prowadzi ceremonię, ale prowadzi ją w imieniu całej wspólnoty. Nie tylko ludzi, zwierzęta też są obecne, są woły i barany, one też potrzebują Bożej opieki. Konie biorą udział w ceremonii, młodzi jeźdźcy galopują wokół terenu, aby nie dopuścić na to miejsce diabła. Młodzież czuwa też nocami, śpiewa pieśni, słucha opowieści, by diabeł nie mógł się wcisnąć. Dlaczego taka ceremonia miałaby by być sprzeczna z katolicyzmem?
     Na łąkach koło kaplic pasą się woły. To wcale nie przenośnia, są one tu do dziś używane jako napęd do pojazdów, raz po raz mijamy wóz ciągniony przez woły. Mijamy także szeroką łąkę, na której zbudowane są zadaszenia z drewna i słomy otaczające półkolem centralny plac. „To tu właśnie Mapucze odbywają swoje ceremonie,” mówi ksiądz Stanisław. „Później pojedziemy spotkać lonko, będziesz sobie z nim mógł pogadać.”Tradycyjne domostwo Mapuczów

     Mam całkiem sporo czasu, by pogadać sobie z lonko Alejandro, bo zatrzymuję się u niego na kilka dni. Nie ma on wołów, jego rodzina porusza się samochodami. Ma pięć córek, trzech synów i kilkanaścioro wnuków. Jedna z córek ma pszczoły, ogromną pasiekę, a także laboratorium, w którym produkuje preparaty kosmetyczne z miodu. Pytam, skąd się nauczyła tajemnej wiedzy na temat właściwości miodu, odpowiada, że od profesorów z Santiago. Nie jest to więc ezoteryczna mądrość Mapuczów. Lonko Alejandro mieszka w domu w zasadzie takim samym jak inni Chilijczycy, acz pierwszą rozmowę z turystą zainteresowanym tradycją Mapuczów zabiera nas do specjalnie w tym celu zbudowanego tradycyjnego domostwa, zwanego ruka. Jest to solidna chata zbudowana z solidnych pionowo wbitych w ziemię bali, dach też z solidnych desek. „Mapucze na wybrzeży budowali domy kryte strzechą, ale tu w górach musimy mieć dach solidny, bo czasami pada kilka metrów śniegu”, mówi lonko Alejandro. Pośrodku ruki ułożone kamieniami miejsce na ognisko, a pod ścianami ławy wylożone baranimi skórami. Wnętrze tradycyjnego domostwa Mapuczów
     Tak mieszkali Mapucze kiedyś, a lonko Alejandro specjalnie zbudował sobie taką rukę, żeby ją pokazywać turystom zainteresowanym kulturą Indian. A takich jest coraz więcej. Przyjeżdżają w góry uprawiać górskie sporty, a skoro w górach mieszkają Indianie, to można zawsze w któryś deszczowy dzień zobaczyć jak wyglądają. Kupić jakiś ręcznie robiony bibelocik. A Mapucze nie w ciemię bici, wyczuli popyt i teraz produkują masowo ręcznie robione bibelociki. Całkiem ładne bibelociki. I organizują targi rękodzieła ludowego, które trwają całe lato. Na targach można też zakosztować tradycyjnej kuchni Mapuczów, potraw gotowanych na polowym piecyku. Dwie córki lonko Alejandro pracują w takiej polowej kuchni na ludowych targach w Currarehue. Inne mają domki wynajmowane turystom, którzy przyjeżdżają uprawiać sporty górskie. Lonko Alejanro ma również zięcia imieniem François, który pracuje jako przewodnik górski. Bo w Chile nie można sobie ot tak po prostu chodzić po górach, trzeba mieć przewodnika. Góry są albo prywatne, a wówczas właściciel takiej góry pobiera opłaty za wejście, albo są w parkach narodowych, które też pobierają opłaty, a w dodatku nie wpuszczają bez przewodnika. Zatem przewodnicy mają zatrudnienie oprowadzając po górach turystów przybywających licznie z Niemiec i Francji. Zięć lonko Alejandro też jest Francuzem i akurat kiedy tam jestem, prowadzi grupę ziomków na świętą górę Mapuczów. Dołączam się.
Rehue
     Chmury tego dnia są nisko, na wysokości tysiąca metrów idziemy przez gęstą mgłę. Las jest tu dziewiczy, pomiędzy chaszczami colinhue majaczą wielkie drzewa, potężne konary, niektóre pnie wypróchniałe. Colinhue to rodaj bambusa odpornego na mrozy i pleniącego się gęsto w górach Mapuczów, tworzącego trudne do przebycia chaszcze. W pewnym miejscu na małej polance François przystaje mówiąc: „Tu jest rehue, święte miejsce Mapuczów i ołtarz, przy którym trzeba złożyć ofiarę.” Ołtarzem jest niski przycięty pień drzewa z dużym kamieniem wciśniętym między dwa konary. François prosi najpierw o chwilę milczenia, w czasie której trzeba prosić duchy tego miejsca o pozwolenie wejścia, a następnie obchodzi rehue wkoło obsypując je ziarnem.
     Idziemy dalej, Na pewnej wysokości wśród drzew zaczynają się pojawiać araukarie. Dla Mapuczów araukaria to święte drzewo. Na wysokich gałęziach araukarii rosną potężne szyszko, które co dwa lub trzy lata wysypują ogromne ilości nasion wielkich ja orzechy. Są to tak zwane po hiszpańsku piñones, czyli orzechy sosnowe. Indianie wtedy idą je po prostu zbierać z ziemi. Zebrane w obfitym roku mogą być przechowywane przez trzy lub cztery lata. Można je jeść surowe, gotować lub zmielić na mąkę i z tej mąki zrobić chleb. W dawnych czasach było to ważne źródło żywności i trudno się dziwić, że było traktowane jak święte.
Przez Mapuczów to drzewo nadal jest traktowane jak święte. Będą oni walczyć wszelkimi sposobami, żeby świętych drzew nie ścinać. Nawet, jeśli stoją na drodze międzynarodowej szosy. To raczej szosę trzeba zbudować wokół drzewa.
     Wieczorem przed domem przy ogrodowym stole, popijając maté, pytam lonko Alejndro co to jest rehue.Lonko Alejandro

     Maté to nie jest taki po prostu zwykły napój. Kubek z maté zawsze podawany jest z rąk do rąk jak skręt marihuany. Do kubka wsypuje się fusy i zalewa gorąca wodą, a pije się przez słomkę. Ta słomka to nie taka po prostu zwykła słomka, zazwyczaj jest metalowa, a na dole ma siteczko, tak że fusy nie dostają się do środka. Kiedy jedna osoba wypije, fusy zalewane są wodą z dzbanuszka i kubek podawany nastepnej osobie.
     „Rehue jest po to, żeby chronić las. Póko rehue tam jest, tego lasu nikt nie wytnie. Nie ma takiej możliwości. To tak, jak z tym mostem, co tu niedaleko budowano przez rzekę. Inżynierowie zaprojektowali most i przez dwa lata nie mogli go zbudować. Nikt nie wiedział dlaczego. Benita, moją żona, powiedziała im, żeby przyszli do mnie. W końcu przyszli do mnie i pytali, czy coś mogę zrobić. Odprawiłem ceremonię prosząc duchy opiekuńcze tego miejsca o pozwolenie zbudowania mostu. W czasie ceremonii kondor zniżył lot nad nami, a to oznacza, że nasza prośba została wysłuchana. Powiedzialem inżynierom, że mają trzy miesiące na zbudowanie tego mostu. I zbudowali.
     Tak samo dwa lata temu, kiedy wybuchł wulkan Chalbuco i słońce nie wyszło. O jedenastej przed południem było jeszcze zupełnie ciemno. Byli tu u nas wtedy studenci z Valparaiso i zaczęli rozpaczać, padali na kolana i prosili Boga o przywrócenie słońca. Benita powiedziała, że powinienem odprawić ceremonię. Odprawiłem ceremonię i jak tylko skończyłem, zaczęło się przejaśniać.
     Potem ci studenci z Valparaiso pytali mnie, jak ja to zrobiłem. Co miałem im powiedzieć? Miałem ich uczyć co robić, żeby zaświeciło słońce?”

Święty las Mapuczów.


Podziel się
oceń
3
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

„Pięć cywilizowanych szczepów”

piątek, 11 listopada 2016 16:35

Wódz Semonolów Osceola Co to właściwie jest „szczep Indian”? Po polsku używamy tego słowa jakby jego znaczenie było oczywiste. Pewnie jest oczywiste, ale dotyczy tylko rzeczywistości z westernów, ewentualnie z książek Karola Maya. Są jakieś nazwy szczepów, są jacyś wodzowie, ci wodzowie podejmują jakieś decyzje, a inni Indianie zapewne ich słuchają.

     Mało kto zdaje sobie sprawę, ze pojęcie szczepu zostało stworzone przez białych przybyszów, zwłaszcza anglojęzycznych, i w dużej mierze na ich użytek. Angielscy imigranci do Ameryki od początku chcieli od mieszkańców kupić ziemię. Napotkawszy krajowców rozmawiali z jakimiś starszymi mężczyznami, którzy wydawali polecenia innym i te polecenia były wykonywane. W tych starszych mężczyznach biali widzieli odpowiednik dowódców czy też władców, których decyzje będą respektowane przez podwładnych. Biali, a zwłaszcza Anglosasi, potrzebowali takich partnerów do negocjacji, ponieważ chcieli od nich kupić ziemię. Anglicy bowiem, inaczej niż Hiszpanie, nie uważali, że wystarczy stanąć na brzegu, rozwinąć flagę i wygłosić przemówienie, by objąć ziemię w posiadanie. Anglicy chcieli ziemię kupić i musieli zidentyfikować kogoś, kto mógłby im ją sprzedać. Musieli zidentyfikować jakiś byt polityczny, z którym można by negocjować. I zidentyfikowali, nadali mu angielską nazwę „tribe” (po polsku szczep albo plemię), zidentyfikowali przywódcę, którego nazwali „chief” (wódz). Takiemu szczepowi nadawali jakąś nazwę, czasem całkowicie arbitralnie, a potem do istniejącej już nazwy dopasowywali rzeczywistość. Stąd w europejskim myśleniu wzięły się poszczególne szczepy, które miały konkretne nazwy i mieszkały w konkretnej okolicy. Dla Anglików istotne było założenie, że skoro w danej okolicy mieszkają, to są właścicielami ziemi i można od nich tę ziemię kupić.

     Dobrym przykładem są „Creek Indians”. Nazwa wzięła się stąd, że koloniści ze świeżo założonego w 1670 roku Charles Town napotkali Indian w górnym biegu rzeczki i nazwali ich „Creek Indians”, co znaczy „Indianie znad rzeczki”. Ta nazwa przetrwała również, kiedy po różnych nieporozumieniach Indianie znad rzeczki spakowali manatki i przenieśli się do swoich kuzynów, którzy mieszkali w górach i tak samo się ubierali. Nad ową rzeczką były wsie Indian ubierających się podobnie, ale mówiących różnymi językami. Biali z Charles Town nie mieli o tym pojęcia i tak naprawdę niewiele ich to obchodziło. Istotne było, że byli jacyś wodzowie, od których można było kupić ziemię. Białych nie obchodziło też specjalnie kto im tę ziemie sprzedawał i czy był do tego upoważniony. Najważniejsze że sprzedał, to wystarczy.

     We wsiach nad górnym biegiem rzeczki mieszkali Indianie mówiący różnymi językami, ale większość mówiła językiem Muskogee lub pokrewnym, więc dla uproszczenia można ich nazwać Muskoginami. Był to lud uprawiający kukurydzę i polujący w lesie na jelenie. Później się okazało, że wyprawioną przez Indianki skórę z jelonka można dobrze sprzedać w Europie, więc kupowali ją za noże i siekiery Francuzi z Nowego Orleanu i Anglicy z Charles Town. Później się okazało, że od walecznych Indian można tanio uratować życie jeńcom przywiązanym do pala męczarni, a potem takich ocaleńców zaprząc do pracy na plantacjach cukru. Indianie specjalnie robili wyprawy, żeby nałapać jeńców, których następnie angielscy plantatorzy mogli ocalić od mąk. Najłatwiej ich było nałapać na hiszpańskiej Florydzie w misjach zamieszkałych przez pokojowo nastawionych Indian. Hiszpanie nazywali tych łowców niewolników słowem „cimarron”, czyli zbóje, a tamtejsi Indianie wymawiali to słowo „Seminole”. Ci Seminole to byli ci sami Indianie znad rzeczki, którzy w angielskich koloniach zwani byli „Creek”. To nie przeszkadzało białym zaklasyfikować ich jako odrębnego szczepu, skoro istniała inna nazwa.Sequoya, twórca pisma Czerokiskiego

     Ale nie tylko Indian znad rzeczki koloniści z Charles Town angażowali do łapania niewolników. Dalej w górach, u źródeł rzeki Tennessee, mieszkali Indianie zwani po angielsku Cherokee (co należy wymawiać Czeroki). Mówili oni językiem należącym do grupy irokeskiej, acz z konfederacją Irokezów wojowali. Wojowali też ze szczepami mieszkającymi na nadatlantyckiej równinie, więc byli naturalnymi sojusznikami Anglików, jeśli ci weszli z tymi szczepami w konflikt (co się z reguły zdarzało). Jeszcze dalej w głębi lądu, w dolnym biegu rzeki Tennessee, mieszkali Czikaso (ang. Chicasaw), którzy byli zaciekłymi wrogami Indian Czokto (ang. Choctaw), choć mówili podobno praktycznie tym samym językiem. Czikaso zasłynęli jako łowcy niewolników i sojusznicy korony Brytyjskiej, podczas gdy Czokto byli tradycyjnie sojusznikami Francuzów z Nowego Orleanu.

     Te pięć szczepów – Muskogini, Seminole, Czokto, Czikaso i Czeroki – przeszło niezwykłą ewolucję. Uznawszy większą skuteczność technologii białego człowieka w dużej mierze ją przejęły i już na początku XIX wieku były znane jako „Pięć Cywilizowanych Szczepów”. Nie tylko zaczęli budować domy podobne do białych sąsiadów, nie tylko przejęli jego metody rolnictwa, nie tylko zaczęli hodować zwierzęta zamiast polować na nie w lesie, ale nawet zakładali plantacje i mieli czarnych niewolników, którzy na tych plantacjach pracowali. Najbardziej błyskotliwym przykładem tej przemiany byli Czerokisi. Wiedzieli oni jak ważna jest edukacja, więc zapraszali misjonarzy, by zakładali szkoły we wsiach Indian, a najzdolniejszych uczniów wysyłali nawet do szkół w dalekich miastach. Jednakże Większość Indian nie znała angielskiego, zatem nie umiała po angielsku czytać i pisać. Jednocześnie w kontaktach z białymi Indianie widzieli użyteczność pisma, wobec czego jeden z nich, imieniem Sequoia, opracował system pisma języka Czeroki. System ten bardzo szybko się przyjął, Indianie zaczęli do siebie listy pisać, a w 1828 roku zaczęli wydawać gazetę. Gazeta ta, zatytułowana „Cherokee Phoenix”, wydawana była synoptycznie w dwóch językach, tak że mogli ją czytać zarówno Indianie jak i anglojęzyczni Amerykanie. Czerokisi wyłonili też radę szczepu, która stanowiła odpowiednik parlamentu, i wybrali naczelnego wodza. Już samo to było rewolucyjne, bowiem nie mieli oni wcześniej żadnej władzy zwierzchniej. Zaczynała się także krystalizować świadomość, że ziemia Czerokisów należy do wszystkich Czerokisów, a nie do poszczególnych wsi, i że naczelnik jednej wsi nie może tej ziemi sprzedać. Tak naprawdę to uznano, że ziemi ojczystej nikt nie może sprzedać i za sprzedaż ziemi białym osadnikom grozi kara śmierci. Wodzem Czerokisów w tym kluczowym momencie ich historii został John Ross, właściciel plantacji, a także promu na rzece w miejscowości Chattanooga, natomiast pierwszym redaktorem gazety był Elias Boudinot, który za młodu wysłany był przez swego stryja do szkół w dalekim mieście. Obaj doskonale znali świat białego człowieka i wiedzieli jak się w nim poruszać.Dwujęzyczna notatka w czirokeskiej gazecie z 1828 roku

     Większość terenów należących do szczepu była w granicach dzisiejszego stanu Georgia, mniej więcej tam, gdzie dziś leży miasto Atlanta. Rada szczepu spotykała się w miejscowości New Echota, która stanowiła niejako stolicę i która też leżała w granicach dzisiejszej Georgii. Jednakże biali obywatele tego stanu nie uznawali niepodległego kraju Czerokisów, uważali że ich ziemie należą do Georgii, a Czerokisi, nie będąc obywatelami, powinni się wynieść. Stanowy parlament przegłosował odpowiednie przepisy i białym obywatelom sprzedano działki należące do Indian, łącznie z zabudowaniami. Nowi właściciele się tam wprowadzali i dosłownie wyrzucali Indian z własnych domów. Nawet wódz John Ross tego doświadczył, jego plantacja razem z domem sprzedana została kiedy był w Waszyngtonie na jakichś negocjacjach, a kiedy wrócił, we własnym domu przy własnym stole znalazł obcą rodzinę, a po własnej żonie i dzieciach ani śladu. John Ross postanowił w imieniu ludu Czerokisów pozwać Georgię do Sądu Najwyższego i... wygrał sprawę.

     Wódz John Ross nigdy nie osiągnął takiej sławy jak Geronimo czy Tatanka Yotanka, na portretach nie wygląda tak kolorowo (ubierał się w surdut i cylinder), ale jest on jednym z najważniejszych wodzów w historii Indian. Orzeczenia, jakie wydał Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych pod przewodnictwem sędziego Marshalla stanowią od tego czasu podstawę legislacji dotyczącej rezerwatów Indian. Z orzeczeń tych wynika, że wprawdzie szczepy Indian nie są obcymi państwami, ale są suwerenami na swoim terenie, przepisy stanowe na terenach należących do Indian nie obowiązują, negocjacje ze szczepem może prowadzić tylko rząd federalny, ale choć rząd może wyrazić chęć zakupu ziemi, nie może zmusić szczepu do sprzedaży.

 

     Głównym adwersarzem Johna Rossa był Andrew Jackson, prezydent Stanów Zjednoczonych w latach 1829-37. Pochodził on z rodziny pionierów, uważał, że wszystkich Indian należy wysiedlić za Missisipi i nie ma co z nimi negocjować traktatów, tylko – skoro przegrali wojnę – rozmawiać z nimi z pozycji siły. W wojnie, którą Indianie przegrali, Andrew Jackson był dowódcą. W wojnie z Wielką Brytanią w 1812 roku część Muskoginów walczyła po stronie Anglików. Zostali oni w 1814 roku pokonani przez generała Andrew Jacksona w bitwie nad Podkowiastym Zakolem. Co ciekawe, większość Muskoginów w tej wojnie walczyła po stronie Stanów Zjednoczonych, brali oni również udział w tej bitwie. Również i Czerokisi walczyli w tej bitwie po stronie Jacksona, obecni tam byli stryj redaktora czerokiskiej gazety Eliasa Boudinota oraz twórca czerokiskiego pisma Sequoia. Dla Jacksona nie miało to znaczenia, Indianie przegrali wojnę i muszą zaakceptować propozycję nie do odrzucenia: sprzedać ziemię na wschodzie i przenieść się poza Missisipi.

     Ale co zrobić z orzeczeniem Sądu Najwyższego?Wódz John Ross

     Jak to co? Zignorować. Prezydent Andrew Jackson, usłyszawszy jakie orzeczenie wydał w tej sprawie sędzia Marshall, miał powiedzieć: „Niech sędzia Marshall wprowadzi teraz swoje orzeczenie w życie”. Delegacji Czerokisów powiedział wprost, że nie podejmie żadnych działań przeciw obywatelom stanu Georgia. Niektórzy członkowie delegacji, wśród nich redaktor gazety Cherokee Phoenix Elias Boudinot, jego brat Stand Waitie (później generał w armii konfederatów) i ich stryj Major Ridge, uznali, że rzeczywiście lepiej będzie przenieść się do nowego kraju. Prezydent oferował sfinansowanie całej operacji, a także wyżywienie dla wszystkich Czerokisów przez pierwszy rok, do pierwszych zbiorów w nowym kraju. Starali się oni przekonać wodza Johna Rossa oraz Radę szczepu do swoich argumentów, ale bez skutku. W końcu przyciśnięci do muru 29 grudnia 1835 roku podpisali dokument zwany Traktatem w New Echota, na mocy którego szczep Czeroki zrzekał się ziemi w Appalachach i miał się w całości przenieść na zachód, do Oklahomy. Sygnatariusze nie byli upoważnieni do podpisywania takiego dokumentu, ale i tak Kongres Stanów Zjednoczonych uznał traktat za ważny. Czerokisom nakazano opuścić sprzedanie ziemie, a opornych (większość) armia wynosiła przemocą z domów i zanosiła na barki mające ich spławić w dół rzeki Tennessee. Logistyka tej całej akcji była niedopracowana, w wyniku chorób spowodowanych niedożywieniem zmarło ok 8000 osób, czyli połowa szczepu. Ten etap w swojej historii Czerokisi nazywają”szlakiem łez”.

     A zatem klęska. Ale jedną rzeczą jest ponieść klęskę, a drugą odbudować życie po klęsce. I tu znów ukazuje się wielkość wodza Johna Rossa, który przewodził szczepowi do 1866 roku. W Oklahomie odbudowana została Republika Czeroki, w miejscowości Tahlequah zbudowano budynek parlamentu. Cherokee Phoenix nadal się ukazywał, ale pod inna redakcją. Niektórzy z tych, co trwali w domach do końca i musieli być z nich wynoszeni siłą uznali, że sygnatariusze traktatu z New Echota powinni zgodnie z plemiennym prawem ponieść śmierć. Wszyscy trzej zginęli tego samego dnia, 22 czerwca 1839 roku.

     Historia pozostałych „Pięciu Cywilizowanych Szczepów” potoczyła się podobnie. Każdy z nich miał swój „szlak łez” i każdy zbudował swoją republikę w Oklahomie. Odbudowane zostały społeczeństwa, łącznie z plantacjami i czarnymi niewolnikami. Później, w wojnie secesyjnej, republiki Indian w większości walczyły po stronie południa. Niektórzy wyróżnili się w tej wojnie. Wódz Czerokisów Stand Waitie (brat Eliasa Boudinota) został nawet generałem, w dodatku wsławił się tym, że to on ostatni złożył broń. Po wojnie republiki Indian musiały uwolnić swoich niewolników i przyznać im obywatelstwo.Andrew Jackson

     Jednakże nie wszyscy Muskogini dali się wysiedlić. Niektórzy uciekli na Florydę i walczyli do upadłego. Muskogini, choć mieszkali w górach, znali Florydę bardzo dobrze. Kiedyś polowali tam na niewolników, później bagna Florydy służyły Muskoginom za tereny łowieckie. Kiedy więc Amerykanie zaczęli przemocą wysiedlać Muskoginów, niektórzy z nich tam uciekli chroniąc się wśród mokradeł. Amerykanie zwali zawsze Indian z Florydy mianem Seminole, zatem ci uciekinierzy z gór też byli zwani Seminolami. Rząd wysłał za nimi kawalerię, ale okazało się, że nie jest to najlepszy rodzaj wojsk w tym krajobrazie. Jednakże na korzyść armii działał fakt, ze Seminole na bagnach Florydy próbowali przeżyć walcząc jednocześnie z armią, która usiłowała ich wysiedlić, natomiast żołnierze byli tam tylko jakiś czas, potem wracali do swoich domów, które nie były zagrożone. Niektórzy Seminole zmęczeni ciągłymi ucieczkami dali się w końcu przesiedlić, ale nie wszyscy. Byli tacy, którzy walczyli do upadłego. Sprzyjały im te bagna, w których kawaleria miała problemy, sprzyjało też położenie Florydy. Indianie mieli tam niezależne zaopatrzenie w broń od przemytników z Kuby, a po części także od Brytyjczyków na wyspach Bahama, gdzie Seminole wybierali się starą indiańską metodą czółnami przez morze. Najsłynniejszym z wodzów tej wojny był Osceola, który wprawdzie urodził się w górach, ale walczył na Florydzie, dlatego jest znany jako wódz Seminolów. W 1837 roku zaproszony został na rozmowy pokojowe, ale kiedy się pojawił, został aresztowany i wkrótce potem zmarł w więzieniu. To spowodowało, że Seminole nie byli zbyt skłonni przyjeżdżać na jakiekolwiek rozmowy pokojowe. W końcu władze uznały, że wysyłanie armii, by uganiała się za Indianami po mokradłach, jest zbyt kosztowne, i zostawiono Seminolów w spokoju. W tej wojnie celem Stanów Zjednoczonych było wysiedlenie wszystkich Indian za Missisipi, celem Indian było nie dać się wysiedlić. Indianie swój cel osiągnęli, można więc powiedzieć, że wygrali te wojnę. Była to jedyna wojna pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Indianami wygrana przez Indian.

     Wszystkie pięć „cywilizowanych szczepów” stworzyło swoje republiki w Oklahomie. Wszystkie w dużej mierze przyjęły sposób życia białego człowieka. To jednak nie koniec odysei. Skoro Indianie żyją tak jak wszyscy inni Amerykanie, to po co im rezerwaty? Jeśli wyjeżdżają do miast i rezerwaty się wyludniają, to ziemię można rozparcelować między farmerów, którzy przecież dla miast produkują żywność. Nic przecież nie stoi na przeszkodzie, by Indianie byli zwykłym farmerami, którzy przy takiej parcelacji dostaną ziemię na własność. Tak właśnie na początku XX wieku znikły z mapy republiki Czerokisów i innych „cywilizowanych szczepów”.

 

Czerokee Phoenix z 1828 roku.

 

Jeśli ktoś chce papierowy wydruk moich tekstów o wizytach w rezerwatach Indian, to może go znaleźć w internetowej drukarni Lulu:

W. Fenrych: "Czy nadal mieszkają w wigwamach?"

 

 

 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Polskie ślady w Tsfacie

piątek, 30 września 2016 11:27

 

Nad grobem Izaaka Lurii w Tsfacie.Co takiego jest tajemniczego w galilejskich wzgórzach, że tylu proroków się w nich rodzi? Może to wiatr jakiś specjalny tu wieje? A może to te iskry słońca na jeziorze tak działają? Dziś z całego świata pielgrzymują tu i chrześcijanie i żydzi, każdy do swoich świętych miejsc. Chrześcijanie odwiedzają Nazaret i Kafarnaum, żydzi Tyberiadę i Tsfat. Tyberiadę, bo to tam właśnie dwa stulecia po Chrystusie spisano żydowski „stary zakon”. Tsfat, bo tam leży pochowany Izaak Luria, którego niektórzy nazywali mesjaszem.

Dlaczego żydów zwie się „starozakonnymi”, skoro ów „stary zakon” spisano później niż Nowy Testament? Ten spisany w Tyberiadzie „stary zakon” to Miszna, najstarsza część Talmudu, zawierająca mnóstwo przepisów znacznie dokładniejszych niż te w Księgach Mojżesza. Spisano go w II wieku, ale oczywiście wcale nie było tak, że wszyscy żydzi go tak po prostu od razu przyjęli. Żydzi w owym okresie nie byli grupą ludności ani trochę bardziej jednolitą, niż wszelkie inne grupy ludności w każdych innych czasach. W ostatnim stuleciu przez Chrystusem było wśród żydów kilka sekt nie darzących się wzajemną sympatią. Byli saduceusze, którzy dominowali wśród kleru istniejącej jeszcze wówczas świątyni. Wspierali oni dynastie Machabeuszy i później Heroda, natomiast nie uznawali nie opartych na Biblii nauk o życiu pośmiertnym ani o „Torze przekazywanej ustnie”. Ich oponentami byli faryzeusze, którzy w większości swojej nie mogli być kapłanami w świątyni bo pochodzili z niewłaściwych rodzin, tym niemniej byli tak pobożni, że stosowali się do wymagań rytualnej czystości obowiązującej jedynie kapłanów. Mało tego, stosowali się także do przepisów „ustnej Tory” przekazywanej – jak twierdzili – ustnie z mistrza na ucznia od czasów Mojżesza. W opozycji do obu sekt byli esseńczycy, którzy mieszkali we wspólnotach na pustyni nad Morzem Martwym. Ich nauka miała tyle wspólnego z późniejszą nauką chrześcijaństwa, że niektórzy uczeni wysnuli tezę, że Jezus i św. Jan mogli się z tej sekty wywodzić.Chasyd w Tsfacie.

W pierwszym stuleciu po Chrystusie sytuacja dramatycznie się zmieniła. W 66 roku wybuchło powstanie przeciwko Rzymianom, zdławił je osobiście cesarz Tytus, który świątynię jerozolimską kazał zburzyć, a żydów wygnać z miasta. Dla żydów był to szok, w wyniku którego niektóre dawne sekty zanikły. Skoro nie istniała świątynia, kapłani nie mieli racji bytu, instytucja kapłaństwa zanikła, a wraz z nią sekta saduceuszy. Pojawiła się za to nowa sekta tak zwanych nazarejczyków, czyli zwolenników Jezusa z Nazaretu twierdzących, że nastąpił właśnie czas Nowego Przymierza, i teraz nie trzeba już składać ofiar całopalnych z bydła w świątyni jerozolimskiej. Teraz nadszedł czas ofiar z chleba i wina, które można składać wszędzie. Ale przetrwała również sekta faryzeuszy, dla których ofiara w świątyni nie była najistotniejsza. Dla nich ważniejsze było przekazywanie „ustnej Tory” z pokolenia na pokolenie. Aby to ułatwić, pod koniec II wieku ta „ustna Tora” została spisana.

Dokonał tego Juda zwany Ha-Nasi, czyli książę. Był on w prostej linii potomkiem Hillela, najstarszego z mędrców wspomnianych w Talmudzie. Był on, jak powiadają, niezwykle bogaty i podobno przyjaźnił się z jednym z cesarzy. Nie jest jednak całkiem jasne który to był cesarz, bowiem informację o tej przyjaźni podaje tylko Talmud, który jednak nie podaje właściwego imienia. Otóż Juda Ha-Nasi mieszkał w Tyberiadzie nad brzegiem jeziora Genezaret. To właśnie tu spisana została Miszna i żydzi z całego świata przyjeżdżają odwiedzić to miejsce.

Ale większym niż Tyberiada magnesem jest Tsfat, miasto zbudowane na szczycie wzgórza po północnej stronie jeziora. Żydzi odwiedzają Tsfat, ponieważ tam jest pochowany Izaak Luria, zwany Ha-Ari. To jest znacznie późniejsza historia, kiedy kolejna grupa żydów została wygnana z miejsca swojego kolejnego wygnania. W średniowieczu liczna była i bujnie się rozwijała żydowska diaspora w Hiszpanii, ale ten rozwój został raptownie przerwany z końcem średniowiecza – w roku kiedy Kolumb odkrył Amerykę, wszyscy żydzi oraz muzułmanie musieli opuścić kraj. Turecki sułtan przyjął ich z otwartymi ramionami – rzesza sprawnych rzemieślników umiejących na przykład odlewać działa była jak znalazł. Żydzi mogli bez ograniczeń poruszać się po imperium, a wielu z nich postanowiło osiedlić się w Palestynie. Na przykład w miasteczku zwanym po arabsku Safed. Po hebrajsku Tsfat.

Przed synagogą aszkenazyjską w Tfacie.Ale to nie wszystko. Diaspora w Hiszpanii bujnie się rozwijała i stworzyła kolejne żydowskie święte księgi (jakby im było za mało). W Hiszpanii powstała Zohar, święta księga kabały, czyli żydowskiego mistycyzmu. A kiedy kabalistów, wraz ze wszystkimi innymi żydami, przegnano z Hiszpanii – postanowili się oni osiedlić właśnie w Tsfacie. A najsławniejszym z tych mistyków-kabalistów był Izaak Luria, zwnay Ha-Ari, który w Tsfacie zmarł i którego mogiła przywabia teraz pielgrzymów z całego świata.

Mistyczne księgi kabalistów nie zajmowały się dodawaniem kolejnych przepisów do Tory, ich interesowało raczej jak znaleźć Boga w świecie. Bo Bóg niczym światło emanuje poprzez 10 sfer zwanych sefirot, przy czym w ostatniej sferze jego blask jest najbardziej rozproszony. Izaak Luria mówił, że sefirot są niczym naczynia wypełnione Bożym światłem, ale to ostatnie naczynie popękało, Boże Światło rozprysło się i teraz trudno je znaleźć. Można je czasem znaleźć w ludzkich sercach. Jak? Ano kontemplując imiona Boże zapisane płomykowymi literkami.

Idee Izaaka Lurii podjął w XVII wieku ruch polskich chasydów. Niektórzy z nich, jak cadyk Nahman z Bracławia, pisali opowieści pełne aluzji do kabały. Nahman z Bracławia za życia nie był zbyt znany, dziś ma rzesze wyznawców, i to wcale nie z Polski. Przyjeżdżają oni z pielgrzymkami do Tfata z całego świata, ale z Polski chyba niewielu. Jakoś w Polsce jest on nadal mało znany.

Jadąc do Tfata nie wiedziałem jeszcze o tym, że pielgrzymują tam również zwolennicy Nahmana z Bracławia. Tak naprawdę to nie bardzo wiedziałem kto to taki. Pojechałem do Tsfata z zamieram zobaczenia polskich synagog. Bo jak wiadomo w Polsce większość synagog poszła z dymem, można je oglądać tylko na przedwojennych zdjęciach, a w północnej europie najważniejsze były właśnie polskie synagogi. W Polsce architektura kościołów, zamków i wszelkich innych budowli była zawsze echem tego co działo się w zachodniej Europie, tylko w architekturze synagog było odwrotnie – to Polska nadawała ton. W Polsce wytworzył się styl synagogi dziewięcioprzęsłowej z bimą (platformą dla czytających Torę) w środkowym przęśle pomiędzy czterema kolumnami. Ja – historyk sztuki – wiem to z lektury uczonych ksiąg, w Polsce takich synagog nie widziałem, bo poszły z dymem przed moim urodzeniem. A w Tsfacie można taką zobaczyć! Ha-Ari Ashkenazi Synagogue to piękny przykład polskiej bóżnicy dziewięcioprzęsłowej. Można ją obejrzeć, jest pięknie utrzymana.W synagodze aszkenazyjskiej w Tsfacie.

Jeszcze jeden aspekt Tsfata przypomina przedwojenną Polskę: jest tam mnóstwo chasydów z brodami, pejsami i w chałatach. Zwolennicy Nahmana z Bracławia przyjeżdżają tu z pielgrzymkami. To ciekawe, bo o ile wiem zmarł we Lwowie. Acz prawda jest że pielgrzymował do Ziemi Świętej i pewnie odwiedził również Tsfat.

O dzisiejszych chasydach bracławskich dowiedziałem się dopiero na odlotnym, kiedy czekając na samolot w Tel Avivie wdałem się w pogawędkę z brodatym chasydem. Chasyd ów mówił z czystym londyńskim akcentem, co nie dziwiło zważywszy, że był czystej krwi Londyńczykiem. Mówił, że jest „born again Jew”, tak jak są „born again” chrześcijanie. Podobno sporo jest takich właśnie pośród chasydów bracławskich. A dziś jest to jedna z największych grup chasydów na świecie.

Dopiero wtedy zrozumiałem skąd tyle książek na temat Nahmana z Bracławia w jerozolimskich księgarniach. Jego własne teksty po angielsku (bo płomykowych liter niestety nie czytam), albo książeczka aforyzmów, albo książka współczesnego rabina powołującego się często gęsto na rabbiego Nahmana.

I pomyśleć, że musiałem do Tsfatu pielgrzymować, żeby dowiedzieć się o istnieniu światowej sławy pisarza z Bracławia, nieznanego Polakom.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

JAKE THOMAS, EDWARD CORNPLANTER I IROKESKA TRADYCJA

wtorek, 30 sierpnia 2016 22:52

Samochód z flagą Irokezów.Irokezi mieszkają dziś w klimatyzowanych domach, jeżdżą cadillacami, zarabiają pracą przy budowie wysokościowców, ale tego wszystkiego nie uważają za wielkie osiągnięcia cywilizacji. W oczach Irokezów największym osiągnięciem cywilizacji było powstanie Konfederacji Pięciu Narodów i zasadzenie Wiecznie Rosnącego Drzewa Pokoju. Dla białych historyków Konfederacja była tylko zaczepno-odporną koalicją kilku plemion. Dla Irokezów powstanie Konfederacji było początkiem Dobrej Myśli, którą przyniósł Przynosiciel Pokoju, syn Stwórcy i kobiety z ludu Huronów. Od tego czasu Dobra Myśl rozprzestrzenia się na cały świat.

Czym jest Dobra Myśl? W skrócie można powiedzieć, że jest zrozumieniem, iż zło jest złem. Albo że jest chęcią porozumienia z drugim człowiekiem. Konfederacja Irokezów nie powstała dlatego, że jedno plemię zwyciężyło inne. Powstała dlatego, że przywódcy plemion doszli do wniosku, iż bezustanne wojny są dziełem Leworęcznego Bliźniaka i nie mają sensu. Wedle irokeskiej mitologii Matka ziemia nosiła kiedyś pod sercem bliźniaki, z których jeden, ten Praworęczny, urodził się normalną drogą, a drugi, Leworęczny, wydostał się przez brzuch i spowodował jej śmierć. Praworęczny Bliźniak to Stwórca świata, a jego Leworęczny brat to psuja, który podsuwa ludziom Złą Myśl, chciwość, gniew i chęć zemsty. To z powodu Leworęcznego Bliźniaka przodkowie Irokezów toczyli między sobą bezustanne wojny, a nawet polowali na siebie wzajemnie w celach kulinarnych. Przynosiciel Pokoju przyniósł Dobrą Myśl, ale nie rozpowszechniał jej słowem. Nie posiadał on, wysoce cenionego wśród Indian, daru wymowy; przeciwnie, wedle tradycji był on jąkałą. Stawiał on jednak swych rozmówców w sytuacjach, w których sami oni zadawali sobie pytania i sami sobie na nie odpowiadali.

Historia powstania Konfederacji Pięciu Narodów przekazywana była przez stulecia ustnie z pokolenia na pokolenie. Przekazywana jest i dziś. W rezerwatach Irokezów raz w roku odbywa się kilkudniowa recytacja całej tradycji. Inaczej niż wśród ludów indoeuropejskich, tradycja ta nigdy nie została ułożona w wersety, każdy recytator opowiadał ją własnymi słowami, objaśniając jedynie wampumy upamiętniające dawne wydarzenia. Motyw ludożerstwa jest ważnym elementem tej narracji. Najbardziej nieprzejednanym przeciwnikiem Przynosiciela Pokoju był Tadodaho, wódz szczepu Onondaga i słynny ludożerca. Tadodaho miał podobno węże wplecione we włosy, a złość powyginała mu stawy tak, że cały był pokrzywiony. Przynosiciel Pokoju nigdy nie stosował przemocy, twierdził on, że nie ma takiego człowieka, w którym nie można obudzić Dobrej Myśli. Tadodaho został pokonany Pieśnią Pokoju, wyczesano mu z włosów węże i naprostowano stawy a w końcu został on mianowany najwyższym rangą wodzem Konfederacji. Do dziś najwyższy rangą royaneh nosi tytuł Tadodaho.Royaneh Arnie General w wodzowskiej czapce z rogami.

Royaneh, czyli członkowie Rady Konfederacji, nie prowadzili swego ludu do wojen. Słynni wodzowie wojenni, tacy jak Joseph Brant (który u boku Anglii walczył przeciw nowopowstałym Stanom Zjednoczonym) nie byli członkami rady. Funkcją royaneh jest zażegnywanie konfliktów.

Zjednoczeni w Konfederacji Irokezi przestali walczyć między sobą, ale wojny z otaczającymi ludami prowadzone były nadal. Najwyrażniej Dobra Myśl nie zawsze była w pełni wprowadzana. Zjednoczone szczepy Irokezów stanowiły poważną siłę militarną, którą do swoich celów próbowali wykorzystać biali osadnicy. Irokezi dawali się nierzadko wciągać w nieswoje wojny, co skończyło się tragedią, kiedy po wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych bliscy unicestwienia Irokezi zmuszeni byli do zamieszkania w maleńkich rezerwatach. W desperacji nierzadko sięgali po alkohol.

Wtedy pojawił się nowy przynosiciel Dobrej Myśli imieniem Piękne Jezioro. Pewnego dnia w 1799 roku prawie się zapił na śmierć, leżał przez kilka dni nieprzytomny i już przygotowywano się na pogrzeb, ale Piękne Jezioro nagle ożył i powiedział, że był w Niebie i rozmawiał z czterema wysłańcami Stwórcy Świata przynoszącymi Dobrą Nowinę. Wkrótce opowiedział swą wizję dokładnie na radzie w Długim Domu, a potem głosił ją wśród swego ludu do śmierci w 1815 roku. Dobra Nowina Pięknego Jeziora popierała przyjęcie niektórych elementów „drogi białego człowieka", takich jak europejskie uprawy, hodowla zwierząt, budowa europejskich domów, wprowadzała też jednak kilka surowych zakazów, wśród których szczególny nacisk był na zakaz uprawiania czarnej magii, picia alkoholu i stosowania sztucznych poronień. Przemoc nie była bezwzględnie zakazana, zalecany był jednak pacyfizm. Ponadto podtrzymane zostały dawne pieśni i obrzędy, a także dawny kalendarz świąt: Święto Poziomek, Święto Klonu, Święto Zielonej Kukurydzy, Święto Dziękczynienia. I podobnie jak Dobra Nowina Przynosiciela Pokoju, tak Prawo Pięknego Jeziora jest dorocznie recytowane w Długich Domach Irokezów.

Przez kilkadziesiąt lat przesłanie zwane Prawem Pięknego Jeziora recytowane było z pamięci. Na początku wieku royaneh Edward Cornplanter postanowił spisać to w języku Seneka w zeszycie, aby nie zaginęło ono gdyby przypadkiem zmarli wszyscy Strażnicy Wiary. W 1903 roku zauważył ten zeszyt Atrhur C. Parker, związany z New York State University w Albany i zasugerował przekład na angielski. Przekład ten wydany został w Albany przez wydawnictwo uniwersytetu w 1913 roku. W 1990 roku irokeskie wydawnictwo IROQRAFTS wydało przedruk w serii Iroquois Reprints, a ja ten przedruk nabyłem kiedy kilka lat później byłem w Ohsweken w rezerwacie Irokezów nad Grand River w Ontario.

Kiedy byłem w Ohsweken odwiedziłem Yvonne Thomas, której mąż Jake Thomas (zmarły rok wcześniej, tak że go nie poznałem) też był słynnym Strażnikiem Wiary Irokezów. Jake Thomas żył w czasach obowiązku szkolnego, chodził więc do anglojęzycznej szkoły, ale jej nie skończył. Znał jednak na pamięć całą tradycję irokeską, a także pięć indiańskich języków, pisał nawet do nich podręczniki, tak że profesorowie uniwersytetu w Trent w Ontario uznali, że ma wiedzę godną tytułu profesora i włączyli go do swego grona. W latach dziewięćdziesiątych indiańska młodzież nie znała już angielskiego, wobec czego wódz Jake Thomas złamał tradycję i głosił całe Prawo na dorocznych spotkaniach po angielsku. Spisał je również w książce „Teaching from the Longhouse”, która nie była przekładem, tylko tekstem od razu napisanym po angielsku. Jest to typowo angielski styl prozy, bardzo się różniący od stylu wersji Edwarda Cornplantera. Inny rytm zdań, inny sposób formułowania myśli, można się domyślić, że starsza wersja Cornplantera bliższa jest dawnemu stylowi recytacji w Długim Domu.

Postanowiłem zaprezentować dwa fragmenty z irokeskiej tradycji w polskim przekładzie. Z książki Jake Thomasa fragment o tym, jak Przynosiciel Pokoju spotkał ludożercę, z opowieści Edwarda Cornplntera fragment o tym, jak Piękne Jezioro prawie zapił się na śmierć.

 Jake Thomas, royaneh Irokezów

Okładka książki Jake ThomasaPRZYNOSICIEL POKOJU I LUDOŻERCA

(Fragment narracji o powstaniu Konfederacji Irokezów)

 Podczas swej podróży Przynosiciel Pokoju napotkał ludożercę. Widział on, co ludożerca robi, ale nie poszedł do niego, bo ludożerca jadł ludzkie mięso. Nie powiedział on, jak to dzisiaj mówimy: „Jeśli nie będziesz robił tego co należy, to cię zabiję. Jeśli nie będziesz robił tego co ci każę, zostaniesz ukarany.” Przynosiciel Pokoju nie chciał zabić ani ukarać ludożercy. Wiedział on, że ludożerca zabijał ludzi, ale ludożerca nie znał zamysłów Stwórcy. Ludożerca nie wiedział jak należy postępować.

Kiedy więc Przynosiciel Pokoju przybył do siedziby ludożercy, zobaczył porozrzucane dookoła ludzkie kości. Przynosiciel Pokoju wiedział, że został wysłany przez Stwórcę by spotkać tego ludożercę. Zbliżył się do drzwi i zobaczył, że ludożercy nie ma w domu. Wszedł więc na dach i położył się przy otworze, przez który wydostawał się dym. Po krótkim czasie przybył ludożerca niosąc ludzkie ciało. Wniósł on to ciało do domu i pokroiwszy je na mniejsze kawałki wrzucił do garnka, by je ugotować.

Wkrótce mięso było ugotowane i ludożerca zdjął garnek z ognia, by strawa ostygła. Kiedy doszedł do wniosku, że była ona już dość chłodna, podszedł do garnka by wyjąć z niego mięso. Zajrzał do garnka i nagle ujrzał w nim twarz. Pomyślał, że nigdy nie zdarzyło mu się zobaczyć twarzy w garnku. Cofnął się i myślał coby to mogło znaczyć. Pomyślał chwilę i doszedł do wniosku, że było to złudzenie. Zajrzał więc znów do garnka i znów zobaczył tam twarz. Tym razem już nie wiedział co robić. Usiadł i pomyślał, że twarz w garnku była naprawdę piękna. Zastanawiał się, czy sam ma taką piękną twarz i dlaczego właściwie je ludzkie mięso. W tym momencie Dobra Myśl zaczęła działać. Zaczął on myśleć, że to co robił nie było właściwe. Pomuślał nad tym dłużej i rzekł do siebie: „Może to co robię nie jest właściwe.”

Po raz trzeci podszedł do garnka i zajrzał doń. Znów zobaczył tam twarz i w tym momencie doszedł do definitywnego wniosku, że to co robił nie było właściwe. Postanowił, że odtąd przestanie jeść ludzkie mięso. Wziął więc garnek i wyniósł go, niosąc w dół zbocza do miejsca, gdzie przewróciło się drzewo i w ziemi pojawił się wielki dół. Wyjął mięso z garnka i wrzucił je do tego dołu. W końcu wrócił do domu, gdzie napotkał Przynosiciela Pokoju.

Kim jesteś i skąd przychodzisz?” spytał ludożerca.

Nazywają mnie Przynosicielem Pokoju”, usłyszał odpowiedź.

Po co przyszedłeś?” pytał dalej ludożerca. Przynosiciel Pokoju odpowiedział:

Przyszedłem zapytać co zakopałeś tam na dole”.

Zakopałem tam ludzkie mięso”, odparł ludożerca. „Kiedy gotowałem mięso jak to zwykle robię, zobaczyłem piękną twarz. Za każdym razem, kiedy zaglądałem do garnka, widziałem tę twarz. Kiedy zdarzyło mi się to po raz trzeci, postanowiłem porzucić jedzenie ludzkiego mięsa.”

Po to właśnie jestem”, powiedział Przynosiciel Pokoju, „by ludzie porzucali złe zwyczaje”.

Ludożerca zaprosił Przynosiciela Pokoju do swego domu, by mogli więcej porozmawiać. Gdy byli wewnątrz, Przynosiciel Pokoju poprosił ludożercę o rozpalenie ognia i ugotowanie wody. Kiedy ludożerca rozpalał ognisko, Przynosiciel Pokoju wyszedł na polowanie i wrócił z jeleniem. Następnie Przynosiciel Pokoju poprosił ludożercę o pomoc. W ten sposób pokazał, że wspólna praca rodzi Dobrą Myśl.

W czasie zdejmowania skóry ze zwierzęcia Przynosiciel Pokoju opowiadał ludożercy o Stwórcy i o tym, że stwórca dał ludziom jelenie do jedzenia, a nie ludzkie mięso. Rozmawiali o budowaniu Dobrej Myśli i o tym, że gdyby inni ludzie działali zgodnie z Dobrą Myślą, rezultatem byłby pokój, siła i sprawiedliwość. Przynosiciel Pokoju mówił, że wspólna praca jest przykładem pokoju, a jej rezultatem jest potęga myśli.

Przez chwilę rozmawiali o następnym dniu. Przynosiciel Pokoju mówił:

Kiedy słońce wstaje o świcie, staje się ono jaśniejsze i jaśniejsze i przynosi ciepło wszystkim ludziom. To słońce przyniesie Dobrą Myśl, a podnosząc się nad horyzontem stanie się symbolem pokoju dla wszystkich ludów.”

 

 

NaukaPięknego Jeziora po angielsku.GAIWIIO, CZYLI DOBRA NOWINA PIĘKNEGO JEZIORA

Opowiedziane przez Edwarda Cornplantera

ROZDZIAŁ PIERWSZY: POWOŁANIE

 

Początek był w miesiącu yai’kni, we wczesnej fazie księżyca, w roku 1800.

Teraz się zaczyna.

 

KŁOPOTY

Miejscem jest Ohi’io, wieś Diono’sade’gi.

Teraz jest czas żniw, tak powiedział.

Teraz grupa ludzi wyrusza. Płyną w czółnach w dół rzeki Allegany. Zamierzają polować jesienią i zimą.

Teraz lądują w Ganowon’go i rozbijają obóz.

Pogoda się zmienia i wyruszają znów. Płyną dalej w dół rzeki. Lody topnieją otwierając rzekę, więc płyną dalej. Lądują w Diondega (Pittsburgu). To jest wieś naszych młodszych braci (białych ludzi). Tu wymieniają skóry, suszone mięso i świeżo upolowaną zwierzynę na mocne napitki. Ładują beczkę napitku na swoje czółna. Teraz wiążą wszystkie czółna jak tratwę.

Teraz wszyscy są wypełnieni mocnym napitkiem. Wrzeszczą i śpiewają jakby byli niespełna rozumu. Ci którzy są w wewnętrznych czółnach tak się zachowują.

Teraz jadą do domu.

Teraz dobijają do miejsca, gdzie zostawili żony i dzieci, by też je zabrać do domu. Płyną w górę potoku Awe’gaon.

Teraz kiedy wszyscy są w domu, mężczyźni piją mocny napitek i są bardzo kłótliwi. Dlatego ich rodziny się boją i uciekają dla bezpieczeństwa. Dlatego w wielu miejscach w lesie wznosi się dym obozowych ognisk.

Teraz pijani mężczyźni biegną wrzeszcząc przez wieś, w której nie ma nikogo prócz pijanych meżczyzn. Teraz są jak zwierzęta, biegają wkoło bez ubrania , ale mają broń, którą ranią kogo napotkają.

Teraz nie ma drzwi w domach, bo wszyskie wypadły otwierane kopnięciem. Od wielu dni nie ma też ognisk we wsi. Mężczyźni pełni mocnego napitku zadeptali ogniska. Tylko oni tam są, ognisk nie ma a w paleniskach są tylko ślady stóp.

Teraz psy są głodne i wyją i szczekają we wszystkich domach.

Tak się właśnie dzieje

 

CHORY CZŁOWIEK

A teraz pewien człowiek choruje. Opanowała go jakaś potężna siła.

Teraz kiedy leży złożony chorobą, rozmyśla i tęskni do dnia, kiedy będzie mógł wstać i znów chodzić po ziemi.

Woła więc do Najwyższego by dał mu siłę by mógł znów chodzić po ziemi. Myśli o tym jak zły i obrzydliwy jest przed obliczem Najwyższego. Myśli o tym jaki był zły odkąd miał siłę chodzić po świecie i jak szerzył zło odkąd miał siłę pracować. Tym niemniej prosi o to by mógł znowu chodzić.

Oto co śpiewa: Pieśń Śmierci, Pieśń Kobiet i Pieśń Żniw. Teraz kiedy śpiewa ma ze sobą mocny napitek.

Teraz myśli że może zło powstało z powodu mocnego napitku i postanawia nigdy więcej go nie pić. Teraz bez ustanku myśli o tym każdego dnia o każdej godzinie. Tak, bez ustanku myśli o tym. Wreszcie przychodzi czas kiedy znów pragnie napitku bo myśli, że bez niego nigdy nie odzyska sił.

Teraz myśli o dwóch rzeczach: co kiedyś zrobił i czy kiedykolwiek odzyska siły.

 Edward Cornplanter.

MYŚLI O DWÓCH RZECZACH

Teraz myśli o rzeczach, które widzi w świetle dnia.

Przychodzi światło słońca, on je widzi i mówi: “Stwórca spowodował, że jest światło słońca.” Tak myśli. Teraz kiedy myśli o świetle słońca i o Stwórcy, który je spowodował, czuje w sobie nową nadzieję i czuje, że może jeszcze będzie mógł chodzić na własnych nogach po tym świecie.

Teraz stracił już nadzieję na życie, prosi by mógł zobaczyć światło jeszcze jednego dnia. Myśli tak, bo noc nadchodzi. Teraz prosi, by mógł przetrwć noc.

Teraz przeżywa noc i widzi nowy dzień. Prosi, by mógł zobaczyć noc i tak się staje. Dlatego myśli, że Najwyższy usłuszał go i dziękuje mu.

Teraz łoże chorego jest koło ogniska. W nocy patrzy w górę i przez otwór w dachu widzi gwiazdy, więc dziękuje Najwyższemu że może je widzieć, bo wie, że to on – Stwórca – stworzył je.Teraz przychodzi mu do głowy, że z powodu tych nowych myśli może otrzymać pomoc by wstać i znów chodzić po świecie.

Teraz znów boi się, że może nie zobaczyć nowego dnia z powodu swej wielkiej słabości.

Teraz znów wierzy, że zobaczy nowy dzień, więc żyje i widzi.

Dziękuje za wszystko, co widzi. Myśli o Stwórcy i dziękuje mu za wszystko, co widzi. Teraz słyszy śpiew ptaków i dziękuje Najwyższemu za ich muzykę.

Teraz myśli, że wdzięczność serca mu pomoże.

Ten człowiek był chory przez cztery lata, ale myśli, że wyzdrowieje.

Tym chorym człowiekiem jest royaneh Piękne Jezioro, członek Wielkiej Rady Konfederacji.

 

DZIWNA ŚMIERĆ CHOREGO CZŁOWIEKA

Teraz córka chorego człowieka i jej mąż siedzą w szopce przed domem, a chory człowiek leży w domu sam. Drzwi są uchylone. Córka i jej mąż płuczą fasolę przed sadzeniem. Nagle słyszą krzyk chorego człowieka: “Niech tak będzie!” Teraz słyszą go jak wstaje z łóżka i myślą że po czterech latach leżenia została z niego tylko żółta skóra i suche kości. Słyszą jak idzie po podłodze w kierunku drzwi. Teraz córka podnosi głowę i widzi swojego ojca w drzwiach. On się chwieje, więc córka podrywa się, by go złapać kiedy upada w śmiertelnej konwulsji. Teraz podnoszą go i wnoszą do domu i ubierają na pogrzeb.

Teraz nie żyje.

 

LUDZIE ZBIERAJĄ SIĘ WOKÓŁ ZMARŁEGO

Teraz córka mówi do swego męża: “Biegnij szybko i powiadom jego bratanka, Łamiącego Szydła że ten, który leżał tyle lat, odszedł. Powiedz mu, by natychmiast przyszedł.”

Mąż biegnie z nowiną do Łamiącego Szydła. Łamiący Szydła mówi: “Zaiste. Teraz biegnij do Siewcy (Cornplantera) brata zmarłego, i powiedz mu, że ten, który leżał chory przez wiele lat nie żyje. Biegnij teraz i powiedz mu to.”

Mąż biegnie sam do miejsca gdzie Siewca mieszka i żona Siewcy mówi: “Siewca jest na wyspie i sieje.” Więc on tam idzie i mówi: “Siewco, twój brat nie żyje! Ten, który leżał chory przez wiele lat nie żyje. Chodź szybko do jego łoża.”

Siewca odpowiada: “Zaiste, ale muszę skończyć obsiewać ten zagon. Przyjdę kiedy go okopię.”

Teraz wszyscy, którzy usłuszeli o śmierci chorego człowieka, przychodzą do jego łoża.

Pierwszy przychodzi Łamiący Szydła. Dotyka każdej części ciała zmarłego. Czyje ciepłe miejsce na piersi i mówi: “Poczekajcie ze smutkiem, przyjaciele.” Mówi tak, bo znalazł ciepłe miejsce i ma nadzieję, że jeszcze odżyje. Teraz niektórzy płaczą, a Łamiący Szydła siedzi u wezgłowia.

Teraz po jakimś czasie przychodzi Siewca i bada ciało zmarłego, on również czuje ciepłe miejsce, ale nie mówi nic i siada w milczeniu u stóp łoża.

Przez wiele godzin nikt nic nie mówi.

Teraz jest poranek i rosa zaczyna wysychać. Teraz zaczyna się kłopot, bo on nie żyje.

Teraz Łamiący Szydła co chwilę bada ciało zmarłego. Zauważa, że ciepłe miejsce się poszerza. Teraz jest południe i czyje ciepłą krew pulsującą w żyłach. Teraz zaczyna oddyczać i otwiera oczy.

 

ZMARŁY ODŻYWA

Teraz Łamiący Szydła mówi: “Jak się czujesz? O czym myślisz?”

Teraz zebrani widzą, że człowiek porusza ustami jakby mówił, choć żadnych słów nie słychać. Teraz jest prawie południe. Teraz wszyscy są cicho, a Łamiący Szydła pyta: “Wujku, jak się czujesz?”

Wreszcie przychodzi odpowiedź: “Tak, myślę, że czyję się dobrze.” To były pierwsze słowa Pięknego Jeziora.

Teraz mówi znów: “Nigdzy nie widziałem tak wspaniałych rzeczy! Najpierw słyszałem, jak ktoś coś mówił. Ktoś powiedział: ‘Wyjdź na chwilę’, powiedział to trzy razy. Nie widziałem nikogo i myślałem, że w chorobie ja sam mówiłem, ale pomyślałem znów i doszedłem do wniosku, że to nie jest mój głos. Więc zawołałem głośno: ‘Niech tak będzie!’, wstałem i wyszedłem i zobaczyłem trzech mężczyzn w pięknych czystych szatach stojących w czysto wymiecionym miejscu. Twarze mieli pomalowane na czerwono, wyglądali, jakby pomalowani byli dnia poprzedniego. Na czapkach mieli tylko kilka piór. Byli bardzo do siebie podobni i wyglądali na średni wiek. Nigdy przedtem nie widziałem tak pięknych wojowników, każdy miał w ręce łuk i strzały. W drugiej ręce każdy miał krzaki jagód, których owoce były we wszystkich kolorach.

Wówczas owe istoty odezwały się do mnie: ‘Ten, który stworzył świat na początku, wysłał nas na ziemię. To nie jest nasza jedyna wizyta. Rozkazał nam mówiąc: Idźcie znów na ziemię i odwiedźcie tego, który o mnie myśli. Jest on wdzięczny za moje stworzenie i pragnie podnieść się z choroby i chodzić znów po ziemi. Idźcie i pomóżcie mu wyzdrowieć. Posłańcy rzekli do mnie: ‘Weź te jagody i jedz z każdego koloru. One dadzą ci siłę, a twoi bliscy pomogą ci wstać.’ Wziąłem więc jagody i jadłem je. Następnie istoty rzekły: ‘Jutro spowodujemy, że w lesie będzie ogień i lekarstwo przyrządzone, by dać ci siłę. Wyznaczamy Suchy Przysmak i Mokry Tytoń , męża i żonę, by przyrządzili lekarstwo. Oni są najlepszymi lekarzami. Odwiedzimy ich wczesnym rankiem i wtedy będziesz miał lekarstwo, a czego nie zużyjesz do południa, wyrzucisz, będziesz bowiem zdrów. Co więcej, zanim będzie południe wielu ludzi zgromadzi się w domu rady. To będą twoi krewni, przybyli, by cię zobaczyć. Nazbierają wczesnych malin i przygotują święto malin, przyrządzą też słodki malinowy napój. Wszyscy będą pić napój z malin i dziękować będą Stwórcy za twoje uzdrowienie i kilkakrotnie wzywać będą twoje imię jako swego krewnego.

Teraz przyszedł dzień jak powiedzieli i wszyscy zebrani widzieli mój powrot, jak było przepowiedziane.

 

PRZESŁANIE CZTERECH POSŁAŃCÓW

Posłańcy odezwali się do mnie i powiedzieli jak powinno być na ziemi. Powiedzieli: ‘Nie pozwól nikomu mówić, że miałeś szczęście, że odzyskałeś siły. Stwórca obdarza łaską nie tylko ciebie, on jest gotów pomagać wszystkim ludziom.’

Tego samego dnia Taniec Wielkiego Pióra oraz Taniec Żniw mają być wykonane, w ten sposób moi krewni przywrócą mi zdrowie, tak powiedziały istoty. ‘Twoje uczucia są osłabione i muszą być rozbudzone, wtedy odzyskasz siły.’ Tak naprawdę powidzieli słudzy Stwórcy. Powiedzieli również, że odtąd te tańce mają być wykonywane i dziękczynienie składane każdego roku, kiedy pierwsze poziomki dojrzewają. Powiedzieli też, że napój poziomkowy mają pić dzieci i starcy i wszyscy ludzie. Wszyscy mają pić sok poziomkowy, bowiem ich sok jest lekarstwem, a wczesne poziomki to wielkie lekarstwo. Kazali mi powtarzać opowiadać to mojemu ludowi kiedy będę znów chodził po ziemi. Powiedzieli: ‘Będziemy cały czas objawiać tobie nowe rzeczy. Jesteśmy sługami tego, który nas stworzył i wysłał nas, byśmy tobie objawili jego wolę, a ty masz ją przekazać swemu ludowi. My jesteśmy tymi których stworzył na początku świata i naszym zadaniem jest strzeżenie ludzkości. Jest nas czterech, ale czwarty nie jest z nami obecny. Kiedyśmy ciebie wołali po imieniu i ty usłyszałeś, on wrócił, by przekazać wiadomość. Wywoła ona radość w niebiańskiej siedzibie naszego Stwórcy. Tak więc czwarty z nas nie jest z nami, ale zobaczysz go kiedy przyjdzie na to czas. Musimy ci również przypomnieć o całym twoim złym życiu i musisz pokutować za wszystko, co uważasz za złe. Uważasz, że źle zrobiłeś śpiewając Pieśń Śmierci, Pieśń Kobiet i Pieśń Żniw i pijąc jednocześnie mocny napitek. Zaiste musisz pokutować jeśli tak sądzisz, bowiem wszystko co uważasz za złe, jest złe.

PIĘKNE JEZIORO MA GŁOSIĆ DOBRĄ NOWINĘ

A teraz spójrz! Spójrz na dolinę pomiędzy dwoma wzgórzami. Popatrz pomiędzy wschodem a południem!’

Spojrzałem tam i w dolinie zobaczyłem głębokie miejsce, z którego unosił się dym i kłęby pary, jakby poniżej było gorące miejsce. Wtedy posłańcy zapytali mnie ‘Co widzisz?’

Odpowiedziałem: ‘Widzę miejsce w dolinie, z którego unosi się dym i kłęby pary, jakby poniżej było bardzo gorąco.’

Posłańcy powiedzieli: ‘Powiedziałeś prawdę. To jest prawda. Tam pochowany jest człowiek. Leży pomiędzy wzgórzami w głębi doliny, a z nim pochowana jest Dobra Nowina. Rozkazaliśmy temu człowiekowi głosić tę nowinę, ale on odmówił. Nigdy nie podniesie się już z tego miejsca, bowiem odmówił posłuszeństwa. Dlatego mówimy tobie: głoś nowinę, którą usłyszałes, rozgłaszaj ją całemu ludowi.’

Teraz skończyliśmy rzecz pierwszą i pozostaje nam odsłonić przed tobą całe zło.’ Tak powiedzieli.

 Długi dom Onondagów w rezerwacie nad grand River w Ontario


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

czwartek, 25 maja 2017

Licznik odwiedzin:  178 994  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O moim bloogu

Teksty i zdjęcia z różnych stron świata. Głównie próba zrozumienia tego, co można tam zobaczyć.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 178994

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl